Blog

Animacja jako medium. Wywiad z J. Jelińskim (Brody z Kosmosu), cz 1.

Julian Jeliński prowadzi kanał Brody z Kosmosu, na którym omawia różnorakie dzieła popkultury – od komiksów po filmy i seriale. Największym zainteresowaniem darzy animacje, zatem porozmawialiśmy z nim m. in. o odbiorze zachodnich animacji oraz specyfice anime. Dyskusję prowadził Mateusz Matłok, a pomagali mu Maciek oraz Ryba. Ze względu na to, że wywiad jest bardzo długi, został on podzielony na dwie części. W tej przeczytacie o rynku animacji oraz serii Najgorsze Animacje

Czołówka z filmu na kanale Brody z Kosmosu

Mateusz:  Jedną z głównych serii na Twoim kanale są Najgorsze Animacje. Podczas pandemii na jednym z lajwów wspomniałeś, że filmy, które w niej omawiasz, zwiększyły u Ciebie ogólne zainteresowanie animacjami. Co dokładnie się zmieniło w postrzeganiu przez Ciebie produkcji z tej kategorii?

Julian: Sama seria wyrosła trochę z przypadku. Na pierwszy film poszedłem troszeczkę dla beki. Kilka następnych pod rząd również było, powiedzmy, wątpliwej jakości, np. Książę Czaruś. To troszeczkę mi otworzyło oczy na to, jak dużo tych tytułów wypuszczanych jest corocznie właśnie po to, żeby zająć przez 90 minut dzieci bez potraktowania ich na poważnie. A jako osoba, która gdzieś tam animacje zawsze kochała, która też, jak wielu z nas, wyrosła na animacjach, zawsze wolałem być traktowany poważnie. Na początku więc byłem ciekaw, co jeszcze ci ludzie wymyślą, byle by tylko zatkać dzieciakom usta, uszka i oczka, a potem zaczęła to być wręcz fascynacja tym, jakie to jest dziwne. Najczęściej pamiętamy pięć animacji Pixara, a tak naprawdę jest to taki cały podświatek animacji. W jednym wypadku nawet byłem prawie pewny, że ktoś potraktował film jako pralnię pieniędzy, bo nie potrafiłem inaczej wytłumaczyć tego projektu. To było przy maskonurach bodajże (Jurek Maskonurek: Misja Puffinów przyp. red.). Nagle zobaczyłem świat, którego nie znałem i uznałem, że będzie fascynujące analizować jego zasady, podejście i po prostu obserwować sobie, jak my traktujemy najmłodszych, którzy potem, bądź co bądź, na tych animacjach wyrastają i też na nich buduje się ich filmowy gust, poczucie moralności itd. Powstało to więc z przypadku, no ale też z radości, jaką mi sprawiało wymyślanie żartów do niektórych z tych animacji. Przerodziło się to w projekt, który już ma chyba 6070 tytułów. Mam też całą listę filmów, które mi zalegają, które dostałem od fanów i takich workowych DVD za dwa zł, które chcę kiedyś zrecenzować. 

M: Mówiłeś nieraz, że obserwujesz reakcje nie tylko dzieciaków, ale też dorosłych. Czy na podstawie swoich obserwacji możesz powiedzieć, jak duża część opiekunów jest faktycznie zainteresowana tym, co ich dzieciaki oglądają? 

J: Na pewno nie chciałbym generalizować, ale szczególnie przy tych słabszych animacjach, gdzie też kino nie jest aż tak pełne, jestem w stanie dużo lepiej obserwować tych ośmiu czy dziewięciu pozostałych widzów, no i raczej mam negatywne doświadczenia. Rodzice, którzy bawią się razem z dziećmi, to jest rzadkość, ale to niekoniecznie znaczy, że to jest zamykanie dziecka na zasadzie „zamknij się, oglądaj, a ja nos w telefon”. Wydaje mi się, że równie dobrze to może wynikać z totalnej nieświadomości, na co idziemy. To są wyjątkowe przypadki, ale miałem sytuacje po seansach, gdzie zamieniałem słowo czy dwa słowa z rodzicami, bo było nas mało na sali. Te osoby mówią, że nie miały pojęcia, na co idą. Nie istnieje szeroka baza, w której możesz poczytać w miarę rzetelne recenzje, w miarę rzetelne oceny, bo najczęściej takie miejsca dzielą się na dwie grupki. Jedna grupka (na spokojnie możesz znaleźć takich recenzentów w Polsce) idą ze swoimi dziećmi i potem piszą, że dzieciakom się podobało, czyli fajnie, a to przecież nic nie znaczy, to nie mówi o jakości filmu. Poza tym tak naprawdę ile razy. jak zabierzesz za darmo dzieciaki do kina, dasz im popcorn, colę itd., to po półtorej godzinie dziecko powie: „wydaje mi się, że były tutaj niekonsekwencje logiczne”? No nie, kurczę, nawet jak ja się źle bawiłem jako dzieciak, gdy byłem gdzieś zabierany za darmo przez rodziców, to mówiłem, że się dobrze bawiłem.

M: A druga grupa?

J: Druga grupa tworzy bardzo dużo tekstów w internecie, które opierają się na notkach prasowych dystrybutorów. Dosłownie nawet dzisiaj widziałem artykuł o animacji, która obecnie jest w kinie, który był napisany jako recenzja. Z trzech napisanych akapitów tylko pół jednego zdania było faktycznie opinią, cała reszta to była wrzucona notka prasowa. Ten artykuł był na dość dużym portalu, który chwali się tym, jak duży jest i jak dobrze zna się na animacjach. Teoretycznie, jeżeli jestem rodzicem i czytam sobie taką opinię, to czemu miałbym jej nie ufać? To jest przecież duży portal o animacjach. Właśnie dlatego nie chcę tutaj demonizować rodziców, bo wydaje mi się, że częściej problem jest taki, że gdy zobaczysz zwiastun, a dziecko się cieszy, to co masz do powiedzenia? A poza tym, ile poświęcasz czasu, żeby zobaczyć, ile jest innych filmów? Ile czasu będziesz szperał? Ja też na przykład nie zrobię recenzji przed premierą, bo nie zobaczę tych filmów wcześniej. Dlatego trochę jest to czysta wina tego, że w tym całym światku kinowym, jeżeli widzisz cokolwiek, co jest dla dzieci, to już się cieszysz, to wystarcza. Czasami po prostu nie masz pojęcia, na co idziesz, cierpisz w kinie i potem myślisz sobie: „no dobra, wycierpiałem się, ale dziecko się przynajmniej dobrze bawiło”.

M: A jakie kompetencje i wrażliwości powinien mieć według ciebie ktoś, kto zajmuje się recenzowaniem czy opiniowaniem filmów animowanych dla najmłodszego odbiorcy?

J: Wiesz co, wydaje mi się, że jest jedna rzecz. Spotykam się z takim trochę protekcjonalnym podejściem, że są recenzenci filmowi i są recenzenci bajek. Moim zdaniem to jest absurdalne, to jest sztuczne. Przecież sam Guillermo del Toro mówił, że to jest tylko rodzaj medium. W żadnym wypadku to nie jest wyznacznik tego, że tylko gorsi będą oceniać animacje albo tylko głupsi, bardziej dziecięcy albo tylko pedagogowie. Pedagog dziecięcy na 100% zobaczy w animacji coś innego niż ja i nie ma w tym nic złego. On może ocenić, powiedzieć: „ta animacja jest znakomita z punktu widzenia psychorozwoju”, czego ja nie zauważę, bo nie edukowałem się w tym. Wiem, że to może dziwnie zabrzmieć, ale dla mnie odpowiedzią będzie, że nie ma żadnej różnicy między recenzentem czy też krytykiem filmowym, który będzie zajmował się animacjami a filmami. Wydaje mi się, że jeżeli jest jakakolwiek, to jest nią otwartość. Po spotkaniach z osobami, które tym się zajmują czy chociażby na festiwalach, ciągle w głowie mi zostaje coś, co moim zdaniem jest bardzo ważne: gdy omawiasz film dla dzieci, to nie traktuj dzieci protekcjonalnie. Nie myśl sobie: „to jest głupi film, ale dzieciom się spodoba”, to nie powinien być twój wyznacznik, chyba że wyjaśnisz, że jest to głupi, słaby film, ale dzieciom spodoba się np. ruch kamery. O Szybkich i wściekłych powiesz, że ten film się spodoba nie dlatego, że jest głupi, ale dlatego, że ma znakomitą pracę kamery świetne pościgi, chociaż nie najlepsze aktorstwo. To samo można przyłożyć do filmu dla dzieci. Wydaje mi się, że traktowanie dzieci jako pełnoprawnego widza, który zasługuje na potraktowanie go z szacunkiem, sprawia, że, moim zdaniem, możesz lepiej oceniać i wiarygodniej wypadać, oceniając animacje. 

M: Wiele osób nadal nazywa animacje bajkami. Nie ukrywam, że zawsze na to kręcę nosem, bo uważam, że to jest trochę umniejszające filmom animowanym. Osobiście zawsze wolę stosować terminy: animacja, film animowany niż bajka. Jakie masz zdanie w tej kwestii?

J: Na pewno kilka lat temu byłem trochę bardziej militarny w tej kwestii i pouczałem. Teraz już tego nie robię z tego względu, że zdecydowanie zaszła zmiana, co widzę po komentarzach na kanale, po reakcjach pod recenzjami. Wydaje mi się, że dziesięć lat temu zdecydowanie było pewne utożsamianie, że animacja równa się bajka, a bajka równa się bajka dla dzieci. Świat bardzo się zmienił, bardzo zmienił się sposób użytkowania języka i jeżeli ktoś nawet użyje słowa bajka albo baja wobec animacji, to dużo częściej jest to robione z takim mrugnięciem okiem. Mnie zdarza się powiedzieć baja np. o jakimś anime, ale staram się tego zawsze używać ze świadomością, że to jest tylko i wyłącznie język. Ja na przykład lubię słowo kreskówka, bo wyrosłem, wychowałem się na nim, ale dla niektórych jest to też obraźliwe, szczególnie dla branży, która się całkowicie zmieniła, bo liczba animacji rysowanych ręcznie jest mikroskopijna. Gdy jednak omawiam coś z lat 90., to z chęcią użyję słowa kreskówka. Nie będzie już ono pasować np. do Misia Uszatka, bo tam ciężko, żeby było coś rysowane, ale to słowo wciąż jest fajnym odpowiednikiem słowa cartoon, prawda?  Dziś, jeżeli jestem w stanie ocenić czyjeś podejście, to wtedy ewentualnie staram się zwrócić uwagę. W przeciwnym wypadku wolę westchnąć i zrobić krok dalej,

M: W kwestii traktowania bajek czy filmów animowanych na poważnie na pewno dużą kwestią jest Akademia Filmowa, czyli Nagrody Oscara. Co roku przyznaje się jedną statuetkę dla najlepszego filmu animowanego, ale nigdy animacja nie otrzymała głównej nagrody za najlepszy film roku. Czy myślisz, że to się kiedykolwiek zmieni albo czy taka zmiana jest potrzebna?

J: Wydaje mi się, że idziemy w kierunku nawet większej liczby kategorii. W końcu dostaniemy nagrody np. dla kaskaderów, więc nie zdziwiłbym się, gdybyśmy mieli jeszcze więcej miejsca dla animacji. Gdyby na przykład teraz zlikwidować kategorię Najlepszy Film Animowany i zostawić tylko Najlepszy Film, to animacje prawdopodobnie przez 20, 30 lat nie miałyby żadnej nominacji z prostego względu – oceniałyby je osoby, które animacje oglądają rzadziej, które wiekowo są powyżej pewnego progu. Bądź co bądź członkowie Akademii są w niej dożywotnio, więc zanim nastąpi zmiana pokoleniowa, przez 20 lat żaden film animowany nie będzie nominowany. Czy kiedyś będą nominowane do tej głównej kategorii? Wydaje mi się, że tak, ponieważ od kiedy jest tam osiem filmów plus mamy ten element blockbusterowy, to zaczyna się trochę inaczej patrzeć. Nie zdziwię się, jak za kilka lat trafi tam np. trzecia część Spiderversum (tu wychodzi mój fanboizm, bo nieważne ile będę czekał, wierzę, że to będzie najlepszy film). W końcu trafi się taki produkt, którym tak się zachłyśniemy, który tak nas opęta, że dostanie nominację do kategorii głównej. Czy dostanie wtedy Oscara? Tego nie potrafię sobie wyobrazić. Bardzo uczciwie, to musiałby być jakiś taki mega kulturowy fenomen, który zmieniłby rzeczywistość. To nie mógłby być tylko dobry film, ale taki, który na zawsze zmieni to, jak postrzegamy kino. A tego chyba się nie doczekamy zbyt szybko.

Maciek: Cześć, jestem Maciek, jestem stolarzem i lubię oglądać anime i generalnie japońskie animacje. Gdy szukałem sobie animacji spoza studia Ghibli do obejrzenia, moim kluczem było „Japońska Akademia Filmowa przyznaje nagrody animacji”. W ten sposób na przykład poznałem Tekkonkinkreet. Czy masz jakiś klucz do wyboru ciekawych animacji?

J: O, to jest fajne pytanie, To nie jest wcale tak łatwo szukać ciekawych tytułów, jeżeli jesteś zaintrygowany i żyjesz w tym świecie. Albo one są mało znane, albo właśnie nigdy nie wyszły na Blu-Rayu i tak dalej. Ja na pewno miałem okres szukania po producentach, nazwiskach, reżyserach. Zakochałem się w pewnym momencie w Donie Bluthu, który pracował ze Spielbergiem, z Disneyem, a potem tworzył własne animacje, np. właśnie Pradawny ląd. Robił też tę animację, która stała się grą Dragon’s Lair. W ten sposób sprawdziłem jego dziesięć tytułów. Wyszło oczywiście z tego, że kilka zasługuje zdecydowanie na dodanie do najgorszych animacji, ale to była dla mnie bardzo ciekawa podróż. Ale, jeżeli mam być szczery, jestem fanem często starszych produkcji, czyli lata 70., 80., więc dosłownie potrafiłem sobie wchodzić na Reddita albo w jakieś czaty grupowe i szperać po tytułach albo wpadać w taką króliczą norę na IMDB, co większość ludzi zrobiłaby na Filmwebie. Często po prostu klikam sobie w animację, która mi się bardzo spodobała i na dole mam polecane albo podobne. Klikam w jakąś, potem w tej kolejnej jeszcze w następną, sprawdzam producenta i reżysera. Nagle widzę, że mamy reżysera, który jest dla animacji dorosłych, mamy Fritz The Cat chociażby, i tak znajdujesz animacje Bakshina. Dla mnie bardzo ciekawą rzeczą było właśnie trochę takie spontaniczne wręcz szukanie, jakby internet był moim pchlim targiem, gdzie chodzę, obserwuję i wyłapuję. I, oczywiście, tysiąc razy nadziałem się i oglądałem rzeczy beznadziejne, ale udało się trafić też na perełki, bo byłem cierpliwy. Nawet jeżeli wyszukiwałem jakiś tytuł, który wydawał się ciekawy, a potem np. widziałem jakiś materiał w Internecie od krytyka, który nie był zbyt przychylny. To brzmi, jakbym szukał bez ładu i składu, ale dużo zależy np. od tego jakie mam emocje . Kiedyś na przykład wyszukiwałem najsmutniejsze filmy animowane w historii, miałem taką listę i odhaczałem sobie, ile mi się udało obejrzeć. Zawsze było to więc dosłownie podpasowane pod tematykę, która była dla mnie akurat chwilowo ciekawa i mnie intrygowała. 

M: Wracając jeszcze do Najgorszych Animacji, na jednym z materiałów wspomniałeś, że nie było jeszcze takiego filmu z tej serii, na którym się dobrze bawiłeś. Od tego czasu minęło pięć lat. Czy to się zmieniło?

J: Kurczę, to jest dobre pytanie. Wiesz co, aż specjalnie zobaczę playlistę, bo wydaje mi się, że widziałem coś takiego. Ok, mam dwie rzeczy. Jedna to było Panda i afrykańska banda i to tylko dlatego, że zacząłem się bawić koncepcją tego, że Panda to jest Jezus, który z Chin przylatuje do Afryki i będzie ratował pogan. Ta animacja sama w sobie nie była obraźliwa intelektualnie, po prostu śmiałem się z tego, jak ona jest głupia. Jestem w stanie się tego śmiać, bo co mi innego pozostało tak właściwie? Było też anime: Sword Art Online – Progressive – Scherzo of Deep Night, które zdecydowanie nie przyniosło mi radości, ale miałem za to znakomity seans Overlord The Sacred Kingdom. Byłem na nim ze znajomymi, mimo że nie znaliśmy wtedy tego świata. Oni chcieli wyjść po kilkunastu minutach, jedna osoba co jakiś czas obracała się do mnie i z każdą kolejną głupią rzeczą, która się wydarzyła w filmie, rzucała: „Julian, na co ty nas zabrałeś? Dlaczego ja muszę to oglądać?”. Troszeczkę działa tu kontekst tego, że nie byłem sam, że ta animacja jest tak poważna w tym, jak jest niepoważna i oczywiście przez te elementy fanserwisu, gdzie dostałem później mnóstwo komentarzy, że żadnego fanserwisu tam nie ma, że to jest niezwykły thriller szpiegowski. To jest dla mnie najciekawsze, że ludzie uważają, że to jest poważny thriller szpiegowsko-akcyjny. Ale znowu, to nie same filmy, tylko kontekst, świadomość, że co mi w sumie zostaje, mogę płakać albo się śmiać. Chyba w tych dwóch przypadkach po prostu nie miałem już łez, by płakać.

Z filmu Najgorsze animacje 2024

M: Takie luźne podejście jest, według mnie, twoją największą siłą, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że wielu twórców robi całkiem poważne analizy różnych filmów. 

J: Żeby nie było, bardzo lubię szukać ukrytego znaczenia w filmach, ale nawet gdy uważam, że faktycznie jest tam jakieś dodatkowe znaczenie, to nawet w takich materiałach staram się dodać coś żartobliwego. Moją motywacją ku temu były poważne artykuły, które czytałem w pięknym polskim prawicowym internecie po premierze pierwszego filmu Angry Birds, który miał być, wedle tych mediów, antyislamską propagandą, bo świnie kradną jaja, jaja to dzieci Europejczyków, a żółty, czarny i czerwony ptak to przecież kolory flagi Niemiec. To jak bardzo poważnie ludzie do tego podchodzili, pisząc o tym artykuły, które trafiały na różne portale internetowe, zmusiło mnie wręcz, żeby podejść do tego od innej strony. Mój film UKRYTE ZNACZENIE filmu Angry Birds to był pierwszy materiał, gdzie troszeczkę wyśmiewałem to zjawisko, gdy widziałem coś, z czym można się było pobawić. Raz opisałem ateistyczną propagandę, raz komunistyczną, raz chyba mówiłem o tym, że w filmie są ukryte lesbijki. W materiale na temat Emotki. Film pokazałem, jak głupie jest to myślenie, żeby wszędzie doszukiwać się jakiś politycznych, ideologicznych wzorców. Nie wszystko musi oznaczać, że to jest prawicowe, tamto lewicowe, a coś innego jakieś tam inne. Emotka kupy nie musi być polityczna. Właśnie dlatego głównie idę w stronę zabawy konwencją, ale czasami po prostu głowa mnie boli, gdy czytam ludzi, którzy traktują to tak bardzo na poważnie, jak gdyby odkryli tajny język wszechświata i teraz chcieli opowiedzieć, kto naprawdę jest kim, kto rządzi światem, i że reptilianie ukrywają się w animacjach.

M: A czy zdarzył się chociaż jeden film, po którym wyszedłeś z kina z poczuciem niesamowicie straconego potencjału?

J: Oj, wiele razy. Oczywiście są animacje, gdzie widać, że twórcy albo mieli gdzieś, albo niespecjalnie im zależało, albo patrzyli tylko na pieniądze, albo traktowali dzieci po prostu z góry. Ale tysiąc razy miałem sytuację, gdy widziałem dobrą, ciekawą lekcję dla dzieciaków, że próbuje się  opowiedzieć o empatii, o przemocy, o otwartości i tak dalej, ale potem mówimy do nich językiem młodzieży. Był taki film Ozi: Głos deszczowego lasu, animacja o małpce, która próbuje ratować tropikalny las, gdzie to był świetny pomysł krytyki kapitalizmu i greenwashingu, czyli tego, że korporacje wybielają się ekologią. Szczerze powiedziawszy, z tych siedemdziesięciu najgorszych animacji wydaje mi się, że dobre piętnaście to są takie, przy których serce mnie boli, bo widzę, że ktoś pomyślał, ktoś chce przekazać fajną lekcję. Nawet to bolesne anime ze śpiewającą dziewczyną miało świetny zamysł: zamknięte osoby mające swój głos, ale ukrywające się pod maską itd. Super, ale pokaż to mądrze. I tu jest chyba największy problem. Najczęściej wszystko rozbija się o szczegóły, to że koncept filmu często na 15 minut jest genialny, ale gdy trzeba to rozłożyć na 80 minut, to nagle zaczyna robić się problem.

M: O jakiego rodzaju animacjach jest ci najtrudniej opowiadać?

J: Są dwie kategorie. Jedna to tzw. middle the road, czyli te, które widziałem dwadzieścia razy ale nie ma w nich niczego obrzydliwego, są miarę kompetentne. O takich animacjach naprawdę ciężko jest mi coś powiedzieć, co jest nie tyle wnikliwe, ale chociażby interesujące dla widza recenzji, który po obejrzeniu powie: „no jest ok” i tyle. Druga kategoria to przede wszystkim animacje, które są dla dorosłych. Wiem, że to dziwnie brzmi, ale to ze względu na to, że zawsze trzeba brać pod uwagę grupę docelową. Jeżeli nie bierzesz grupy docelowej pod uwagę, to tak naprawdę nie rozumiesz, co omawiasz, a animacje dla dorosłych często są robione dla dosyć niszowych grup. Jeżeli nie rozumiesz tej grupy, to możesz po prostu totalnie do niej nie trafić. Zresztą bardzo podobnie mam z animacji dla najmłodszych. Wielokrotnie byłem pytany, czy zrobię recenzję Kici Koci, i to nie były pytania dla beki. Wiem, że rodzice martwią się i chcą wiedzieć, na co wysyłają albo na co idą z czteroletnim dzieciakiem, ale ja nie czuję się kompetentny, jeżeli chodzi o tego typu animacje. Wydaje mi się, że jestem tyć za duży, by umieć wyłączyć ten sposób myślenia, więc tutaj bym na przykład oddał w 100% głos pedagogom, którzy są o wiele mądrzejsi. Zawsze zależy mi na tym, żeby rozumieć kontekst. Jeżeli nie rozumiem kontekstu, to moje gadanie może być po prostu absurdalne. 

Maciek: Bardzo dawno temu obejrzałem sobie Grobowiec świetlików, ale po seansie czułem się tak źle, że nie planuję już nigdy więcej do niego wracać. Jakie są animacje, które tak cię zniszczyły, że już nie planujesz je obejrzeć drugi raz, choć są genialnymi filmami?

J: To jest dobre pytanie. Grobowiec świetlików jest świetnym przykładem. Gdy mówiłem o  swojej liście najsmutniejszych animacji, to oczywiście Grobowiec był w pierwszej dziesiątce. Jest jeszcze brytyjski Watership Down, który oglądałem, gdy byłem zdecydowanie za młody i to mnie bardzo zabolało. Do The Plague Dogs też nie zamierzam wracać za cholerę. To są takie animacje, które musiały mi gdzieś zajść za skórę i zaboleć na poziomie emocjonalnym, chociaż wydaje mi się, że na przykład do Grobowca świetlików mógłbym kiedyś wrócić. Czytałem kiedyś bardzo ciekawy artykuł o epatowaniu empatią troszeczkę, że ten film tak bardzo gra na naszych emocjach za każdym razem, że jest to wręcz niemoralne. Nigdy nie myślałem o tym filmie w ten sposób, ale może warto byłoby wrócić i spróbować obejrzeć go inaczej. Nie potrafię też wrócić do Niekończącej się opowieści, ponieważ scena ze śmiercią konia potwornie mnie zdruzgotała. To nie jest najważniejsza scena tego filmu, ale wędrówka Atreju po Bagnach Smutku była dla mnie zbyt przerażająca. Folwark zwierzęcy z 1954 roku też był rzeczą, która mnie zmiażdżyła. Jest tam scena, w której jest taki głupi, ale silny koń i jego śmierć do dzisiaj mnie smuci. To była animacja stworzona zdecydowanie dla dorosłych. Widać, że tam nie ma dziecięcego traktowania zwierząt, jest tylko ten przeraźliwy realizm. Teraz dostaniemy Animal Farm od Andy’ego Serkisa, jak dobrze pamiętam, więc zobaczymy, czy tutaj to będzie równie obrzydliwie, smutno i depresyjnie. 

M: Jeszcze wracając do nowszych animacji, nasunęło mi się pytanie o sequele filmów Disneya i Pixara. Obecnie ich nowe marki nie zarabiają, a sukcesy osiągają właściwie tylko kontynuacje. Inside Out 2 i Moana 2 przebiły miliard w box office. Czy jest szansa na to, żeby ten trend się odwrócił, czy niespecjalnie to widzisz?

J: Nie, niespecjalnie to widzę. Tak długo, jak będziemy na to chodzić, tak długo tak będzie, ale mnie osobiście bardzo bawi takie troszeczkę dziwne przeświadczenie, że to jest coś nowego, że to się zmieniło zaledwie rok temu. Przecież Pradawny ląd powstał w 1988 roku, a ma obecnie trzynaście części. Aladyn miał drugą część i serial. Jest też druga część Dumbo. Sequeloza to jest rzecz, którą Disney robił od zawsze. Przecież jak już była Księga Dżungli, to nagle dostaliśmy serial teoretycznie z tym samym Balou, który latał samolotem. To jest rzecz naturalna i bolesna, bo gdy dostajemy Mulan 2 albo Pocahontas 2, to przewracamy oczami. Każdy ma rację, gdy narzeka na to, że ile można, ale najwyraźniej można – tak długo, jak zarabiamy setki milionów dolarów. Kogo to dziwi? Bad Guys 2 wyszło, ponieważ pierwsze Bad Guys zarobiło hajs i tyle. Nie dostaniemy np. Elio 2. Jeżeli dostaliśmy sequel filmu, który był całkowicie zamknięty, czyli Inside Out, a już mówi się o trzeciej części, to też nam dużo mówi. Za każdym razem głosujemy portfelem. Zootopia też jest świetnym tego przykładem. To nie jest film na dwie części, a trailer sequela wygląda oszałamiająco, bo trzeba przyznać, że wkładają to hajs i coś czuję, że to może nam wbić do pierwszej trójki największych hitów tego roku. Nie liczę oczywiście tego, że Avatar 3 zaraz wleci i też będzie miał kinowe długie nogi. 

Ryba: Zarabiali na jedynkach, teraz zarabiają na nostalgii do jedynek. 

J: No tak. Teraz jest moment nostalgii, będziemy robić remaki filmów i seriali z lat 90. Dlaczego? Ponieważ dzieciaki, które wychowały się w latach 90., teraz mają około 30, 40 lat i mają pieniądze, z którymi nie mają co zrobić. To jest rytm popkultury, który działa od wielu lat. Jeżeli chcemy go zaburzyć, to my musimy zacząć pierwsi, musimy przestać chodzić do kina na sequele. Musimy przestać też o nich gadać w internecie, bo to też troszeczkę nakręca. Jeżeli ci się nie podoba, to po prostu nie idź i tyle, no nie? Nie nakręcaj wojny hejtu. Na razie to działa głównie, gdy mówimy o streamingu. Jeśli zobaczysz dwadzieścia materiałów o tym, że jakiś serial jest do dupy, to go nie obejrzysz, ale na razie nie ma takiego przełącznika, jeżeli chodzi o kino. Przed premierą Fantastycznej Czwórki i Supermana, było mnóstwo materiałów o tym, że te filmy będą beznadziejne i nie wpłynęło to w ogóle na wyniki w kinie.  

Maciek: Bardzo dawno temu powstała animacja, która się nazywa Salad Fingers. Czy myślisz, że tego typu absurdalne, awangardowe animacje będą się jakoś przedostawały do mainstreamu?

J: To jest ciekawe pytanie. To troszeczkę jak z fenomenem Don’t Hug Me I’m Scared. Jest tam taki niepokój, taki dziwny świat. Salad Fingers był 15–20 lat temu, prawda? Zastanawiam się, czy – albo jak bardzo – przechodzenie do mainstreamu oznacza to, co się dzieje na przykład z głupimi memami. To jest dużo większa, dużo lepsza i ciekawsza jakość niż na przykład Skibidi Toilet, ale na przykład słyszymy, że Skibidi Toilet dostanie film, a potem dostajemy też figurki. I to staje się częścią mainstreamu, mimo że to są popłuczyny, jeżeli w ogóle powiemy, że to jest jakkolwiek związane z Salad Fingers. Widzimy w tym coś kontrkulturowego i wydaje mi się, że ta kontrkulturowość sprawia, że to nie może być mainstreamowe. To tak, jakby nagle Walaszek zaczął robić rzeczy, które będą pokazywane w TVP1. No nigdy tak nie będzie, nie? Więc to jest chyba to. Siłą tego typu animacji i tego typu ciekawych projektów będzie to, że one nigdy nie staną się mainstreamowe, bo gdy tylko się staną, to nagle zaczną być wybrakowane, oczyszczone, wypolerowane.

M: Zgodnie z naszą tradycją, poprosiliśmy naszego poprzedniego gościa, Grzegorza Wątrobę, żeby zadał swoje pytanie następnemu rozmówcy, bez wiedzy do kogo będzie ono skierowane. Grzegorz zapytał: „jeśli miałbyś nieograniczony budżet na jedno dowolne dzieło kultury, co by to było?”.

J: To jest mega trudne pytanie, przychodzi mi do głowy tyle pomysłów. Zacznę od tego, co mi od razu nasuwa się na myśl, co nigdy nie wyszło. Jest taki znakomity komiks dostępny w Polsce, nazywa się Goon, po polsku Zbir. Zebrał nagrody Eisnera, czyli takie komiksowe Oscary, to jest jedna z takich marek, która jest zarówno mega kultowa, ma świetne recenzje, jak też się świetnie sprzedała. Początkowo miał być z tego zrobiony serial, potem miał być film (w internecie możecie znaleźć nawet króciutki fragment) i to wszystko za każdym razem umierało ze względu na producentów, ze względu na czas itd. Jeżeli mógłbym zrobić Goona, który jest wierną adaptacją komiksu Ericka Powella, to mam kompletnie  gdzieś, czy byłby to film czy animacja. Dzięki temu więcej ludzi poznałoby tego wspaniałego zbira, który jest jednocześnie takim cudownie mrocznym i tragicznym bohaterem. To byłaby ta jedna rzecz, którą naprawdę fajnie byłoby zobaczyć, to byłoby coś pięknego. Swoją drogą, główny problem w odpowiedzi na to pytanie polega na tym, że skoro miałbym nieograniczony budżet, to mógłbym zrobić coś, co jest mało znane, ale co na przykład jest bardzo moralne albo bardzo edukacyjne dla społeczeństwa. Z drugiej strony odzywa się we mnie głos: „Słuchaj, pamiętasz rzeczy, które cię skrzywdziły, bo nigdy ich nie dostałeś w wersji aktorskiej? Teraz możesz to naprawić”. Dla przykładu nigdy nie dostaliśmy wersji aktorskiej Planety Hulka, została tylko ta wersja, którą zrobił Taika Waititi w Thorze Ragnarok, ale Planeta Hulka to jest rozpierdziel, i to byłoby taką czystą popcornową, głupią rozrywką za 800 milionów dolarów. Pewnie by zarobiła o wiele mniej, ale ten Hulk musiałby być prawdziwym, potwornym, niszczącym Hulkiem.

Dziękujemy za rozmowę!  

Czołówka z filmu na kanale Brody z Kosmosu

Możesz również polubić…

Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.