Blog

“Toy Story 5” – recenzja

Na sklepowe półki trafiły nowe zabawki, ale czy w dobie Internetu ktoś się jeszcze nimi chce bawić? Recenzja nie wybiega poza ogólny zarys filmu oraz to, co pokazano w trailerach. 

“Toy Story” jest jedną z najważniejszych animacji mojego dzieciństwa. Bez względu na mój wiek, przygody Buzza i Chudego zawsze gdzieś się przewijały, czy to w filmach, czy w grze komputerowej opartej o fabułę mojej ulubionej drugiej części. Mimo że wielu uznaje tylko trzy pierwsze filmy, które dostały bardzo dobre domknięcie, osobiście niezwykle sobie cenię również czwórkę, która, mimo pewnych problemów, wciąż stanowi świetny epilog przede wszystkim dla postaci Chudego. Obawiałem się więc, że piąta część może być trochę zapchajdziurą i odcinaniem kuponów od serii, bo wiadomo, że sequele oglądają się znakomicie i zarabiają grube miliardy. Czy tak faktycznie jest i w tym przypadku? 

Każda część serii orientowała fabułę wokół innego motywu. Tym razem historia dotyczy ekranów dotykowych i aplikacji społecznościowych. Bonnie jest jednym z ostatnich dzieciaków, które wolą spędzać czas na dworze i bawić się zabawkami, więc czuje się trochę wyobcowana, gdy wszyscy inni siedzą tylko przy tabletach i wyśmiewają takich, jak ona. Rodzice chcą jej pomóc i kupują jej Lilypada, żeby mogła szybko poznać nowych znajomych, co bardzo szybko rodzi konflikt między żabkowym elektronicznym ekranem a znajomymi zabawkami. Zwłaszcza Jessie nie czuje się dobrze z takim stanem rzeczy – kiedyś przecież odrzuciła ją Emily, a teraz miałaby przeżyć to samo z Bonnie. Na domiar złego w wyniku pewnych wydarzeń zostaje ona zmuszona do konfrontacji z przeszłością i wyleczenia na nowo otwartych ran. Twórcy jeszcze przed publikacją trailerów zapowiadali, że Jessie będzie główną postacią nowego filmu i trzeba przyznać, że wątek rudowłosej kowbojki, na równo z wątkiem Bonnie, nie tylko zajmuje najwięcej czasu, ale i jest najciekawszym, najbardziej poruszającym w całym filmie. To bez cienia wątpliwości jej osobista podróż do wyciągnięcia pewnych wniosków i określenia jej przyszłości.

Poza losami Jessie śledzimy jeszcze przygody Buzza i Chudego oraz krótkie segmenty poświęcone oddziałowi Buzzów Astrali, zmierzającego do konkretnego miejsca, ale wątki te służą bardziej aspektowi przygodowemu. Mimo że łączą się one z rdzeniem fabuły, nie są one aż tak istotne. O ile więc fani kowbojki będą ukontentowani, o tyle miłośnicy dwóch najważniejszych postaci tej serii mogą poczuć się trochę odstawieni na bok. U Buzza na pierwszy plan wychodzi wątek, który w poprzednich filmach majaczył gdzieś w tle, zaś Chudy powraca tylko po to, żeby kosmiczny wojak miał z kim pogadać, gdy Jessie jest zajęta własnymi sprawami. Ogólne motywy jak i konstrukcja fabuły bardzo mocno przypominają to, co poznaliśmy przy okazji drugiej części „Toy Story” – w końcu oba filmy opowiadają o zmianie pokoleniowej i przemijaniu (choć czynią to w inny sposób), więc i odwołań jest tu sporo. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że „Toy Story 5” jest połączeniem motywów przewodnich z dwójki z rozrywkowo-przygodową warstwą czwórki. Tempo narracji zostało jednak solidnie wyważone – gdy mamy usiąść i porozmawiać, to pogadamy. Gdy mamy spowolnić akcję i się wzruszyć, to będziemy sięgać po chusteczki, a gdy potrzeba oddać się w wir przygody, to porwie nas ona na całego. Jedynie humor może nie przypaść wszystkim do gustu, bo mimo sporej dawki śmiechu, wiele żartów będzie trafiać do młodszego odbiorcy.  

Sporym plusem tego filmu jest jego przesłanie. Tablety, smartfony oraz aplikacje istnieją, taka jest nowa rzeczywistość i nie ma co z nią walczyć. Cała sztuka polega na tym, by zachować w tym wszystkim rozsądek, dlatego scenarzyści nie demonizują nowych technologii ani nie mówią wyłącznie o szkodliwości interaktywnych ekranów dla dzieciaków. Choć przykre rzeczy z tym związane również tu się znajdują, morał filmu nadal skłania bardziej do zachowania równowagi, do pielęgnowania zabawy i kreatywności, a przy tym do traktowania przenośnych ekranów jako zwykłe narzędzie. Jestem przekonany, że wielu rodziców będzie chciało porozmawiać o tym ze swoimi latoroślami i pozwoli nieco inaczej spojrzeć na ich edukację cyfrową. 

Oprawa wizualna wciąż trzyma się bardzo mocno. Kreska jest bardzo kolorowa i wyrazista, co najmocniej widać na przepięknych modelach zwierząt, na czele z majestatycznym rumakiem i słodkim grubym prosiakiem, który od razu skradnie wasze serca. Najbardziej kreatywne jednak pozostają trzy krótkie sceny wizualizacji wyobraźni bawiących się dzieciaków, pokazujące zarówno dziwność, jak i pomysłowość scenariuszy wykreowanych przez dorastający umysł. Muzyka również świetnie komponuje się z opowieścią, a piosenka Taylor Swift „I Knew It, I Knew You” podczas napisów końcowych zachęci was do dłuższego pozostania w fotelach (tym bardziej że jest jedna, dość zabawna scena dodatkowa, którą warto zobaczyć). 

Czyniąc długą historię krótką, „Toy Story 5” nie wprowadza żadnej rewolucji w serii, ale też nie jest zwykłym odcinaniem kuponów od marki. Nadal oferuje dobrą, spójną opowieść, a przy tym w przemyślany sposób porusza pewien ważny społeczny problem. Choć w mojej opinii nie jest to najlepszy film tej franczyzy, nie żałuję ani minuty spędzonej w kinie. Jeśli kochacie ten cykl, a do tego macie dzieciaki, idźcie śmiało. Jeżeli wolicie poczekać na streaming, to też jest w porządku, byle tylko dać temu filmowi szansę, nawet jeśli czwarta część nie przypadła wam do gustu. 

M. Matłok

Możesz również polubić…

Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.