Hej, GPT, wygeneruj mi film z uniwersum TRON

Jestem wielkim fanem Trona, co na pewno wiedzą ci, którzy czytali 110. numer Bezbeka (w razie czego, znajdziecie to wydanie tutaj). Nie miałem jeszcze przyjemności zagrać w żadną grę sygnowaną tą marką, ale w ubiegłym roku nadrobiłem pierwszy sezon anulowanego serialu animowanego Tron: Uprising (i bardzo polecam, jeśli znajdziecie gdzieś na szerokich wodach). Rok 2025 dostarczył nam z kolei trzecią pełnoprawną część, która nie dość, że przez lata była wielokrotnie anulowana i wznawiana, to jeszcze jej pierwsze oficjalne zapowiedzi nie nastrajały optymistycznie nawet mnie. Za reżyserię odpowiada Joachim Rønning, który nakręcił całkiem dobrą Dziewczynę i morze z Daisy Ridley, jak również mniej udane Czarownicę 2 oraz Piratów z Karaibów: Zemstę Salazara. Scenariusz przygotował Jesse Wigutow, który napisał m.in. fabułę filmowego Eragona oraz dwa odcinki Daredevil: Born Again. Ostatecznie film okazał się wtopą finansową, zgarniając z kin zaledwie $142 miliony i 53% pozytywnych ocen od krytyków na Rotten Tomatoes (choć widzowie przyjęli go znacznie cieplej). Osobiście długo wstrzymywałem się z jego obejrzeniem, aż do chwili udostępnienia tej produkcji na Disney+. Czy moje obawy były zasadne?
Film zaczyna się wstępem bardzo podobnym do tego z Tron: Legacy. Już tutaj pojawia się pierwsze rozczarowanie, bo fabuła ustawia nam całkiem nowy setting. Sam Flynn, główny bohater Legacy, zrzekł się tytułu prezesa firmy ENCOM, a jego miejsce zajęły dwie siostry – Eve oraz Tess Kim (widzom dane będzie śledzić losy tylko pierwszej z nich). Kevin Flynn nadal uważany jest za zaginionego, nie ma żadnej wzmianki o Quorrze, za to od lat istnieje korporacja Dillinger Systems, prowadzona przez Juliana Dillingera, wnuka Eda Dillingera, który był prezesem ENCOM-u w pierwszym filmie. Obie firmy pracują właśnie nad technologią trwałego przenoszenia do świata realnego cyfrowo zaprojektowanych form ożywionych i nieożywionych. Do tej pory wszystkie elementy transferowane metodą promieni lasera (zaawansowana forma drukarki 3D) nie mogły wytrwać w naszym świecie zbyt długo, jednak Eve udaje się odnaleźć tzw. Kod Trwałości. Dillinger pragnie go pozyskać, dlatego wysyła jej tropem Aresa, swój główny program dowodzący.
Fabuła Tronów nigdy nie była zbyt skomplikowana, stanowiła raczej pretekst dla przeżywania przygód w cybernetycznym świecie (Sieci). Legacy dodatkowo miało prostą, ale dobrze napisaną relację ojca i syna. Tutaj do czynienia mamy raczej ze sztampową, przepełnioną akcją historią, w której jedne wydarzenia popychają do przodu kolejne i rzadko ma się okazję na rozwinięcie bohaterów. Dla przykładu, Eve wciąż przeżywa żałobę po stracie siostry, zaś Ares chce stać się człowiekiem. Są to interesujące wątki, które, niestety, zostały potraktowane po macoszemu i nie wybrzmiewają na tym poziomie głębokości, na jakim powinny. Największą drogę przebył tu Ares, ale w historii Eve czy chociażby Atheny (antagonistki Aresa) czegoś zabrakło. W mojej opinii, przydałaby się przynajmniej jedna dłuższa scena między Eve i Aresem, taka jak np. podróż słonecznym żaglowcem w Tron: Legacy, gdzie Sam i Quorra mogli trochę bliżej się poznać.
Podstawowym problemem tego filmu jest odwrócenie pierwotnych założeń tej marki, czyli umieszczenie elementów cyberświata w bliżej nam znanych realiach. Taki zabieg kompletnie zaprzepaszcza główną siłę kreatywną, opierającą się na projektowaniu fantastycznych budynków, strojów i pojazdów, nie mówiąc o pogorszeniu warstwy wizualnej. Tron: Ares nie pozwala swoim bohaterom na zbyt długie przebywanie w Sieci. Większość filmu dzieje się na ulicach miasta, często między jego zabudowaniami i do tego w nocy (na szczęście nie we mgle i nie w deszczu). Wygląda to niezachęcająco, nudno i sztampowo. Gdy jednak twórcy chcą nam pokazać trochę akcji w cyber wymiarze, wygląda to dobrze tylko wtedy, gdy dominują jasno-niebieskie barwy (zwłaszcza w pewnej kreatywnej i nieco nostalgicznej dla fanów domenie, do której w pewnym momencie trafia Ares). Nieco gorzej sceny prezentują się, gdy na ekranie dominują czerwono-ciemne barwy. W mojej ocenie wiele ujęć jest tu wręcz zbyt purpurowych, przez co ich elementy często się ze sobą za bardzo zlewają. Wygląda to tylko trochę lepiej od akcji kręconej w mieście, nawet jeśli efekty specjalne same w sobie stoją na dobrym poziomie. Jeśli chodzi o choreografię walk, jest ona poprawna. Starcia nie robią wrażenia, nie prezentuje się w niej zbyt nowych technik czy broni, ale dobrze się je ogląda.
Soundtrack Nine Inch Nails również jest lekko nierówny. Mają na liście zarówno totalne bangery od razu wpadające w ucho, jak i takie kawałki, które zdają się brzmieć na jedną nutę, bardzo podobnie do siebie. Na pewno nie jest to poziom Daft Punku, bo muzyka do Tron: Legacy była bardziej różnorodna, ale nadal uważam, że NIN dobrze wywiązali się ze swojego zadania, nawet jeśli nie tak dobrze, jak ich poprzednicy. Słychać, że miejscami próbują nawiązywać do stylu gentlemanów w kaskach na głowie, jednak przy częstszym zachowaniu swojej tożsamości.
Zmierzając do podsumowania, nie jest to kompletnie zły film, ale widzę w nim elementy czegoś dużo lepszego, niż dostałem. Trochę żałuję, że nie obejrzałem tej produkcji w kinie, bo prawdopodobnie moje wrażenia estetyczne byłyby lepsze, jednak nie zmieniłoby to wiele w kwestii fabuły i budowy świata przedstawionego. Tym bardziej jest mi szkoda, że Tron: Ares przypomina projekt wyciągnięty z zamrażarki tylko po to, by spróbować rewitalizować kolejną starą markę, stworzyć coś, co jest po prostu ok i liczyć na dodatkowy zarobek. A jako że się to nie sprzedało, to jest niemal pewne, że nie dostaniemy już więcej nic z tego IP przez najbliższą dekadę. Jeśli moje obawy się potwierdzą, to tym bardziej przykre, że Tron kończy na poziomie przeciętniaka. Nie zrozumcie mnie źle, ten film ma swoje fajne elementy i ciekawe momenty, ale po jego obejrzeniu byłem trochę rozczarowany, bo ta franczyza zasługuje na znacznie więcej. Nie jest to złe, na pewno mogę wam polecić ten seans w ramach czegoś lżejszego na odpoczynek po cięższym dniu, ale nie jest to też nic, co zapadnie wam w pamięć na dłużej.
PS. Jest jedna scena po napisach, ale traktuję to trochę jako fanservice, a trochę jako ciekawostkę. Szczerze wątpię w to, że kiedykolwiek będzie ona rozwinięta, nawet jeśli jakimś cudem Disney postanowi zrobić kolejnego Trona.
M. Matłok
