Blog

Filmowa dwunastka 2025 – podsumowanie

Tak jak w 2024 roku, tak i w ubiegłym poprosiłem 12 osób, by poleciły mi po jednym filmie do obejrzenia. Wyzwanie ponownie udało mi się ukończyć, dzięki czemu mogę dziś zaprezentować wam swój osobisty ranking wraz z krótkimi przemyśleniami. 

1. Mała Miss / Little Miss Sunshine (2006), reż. Valerie Faris, Jonathan Dayton

Film, który wywołał we mnie najwięcej pozytywnych emocji, wzruszył i opatulił moje serduszko przyjemnym w dotyku, ciepłym kocykiem. Siedmioletnia Olive jedzie do Kalifornii na wybory miss dla dziewczynek, a towarzyszą jej rodzice, brat, wujek i dziadek. Choć młoda jest podekscytowana, dla reszty jej rodziny podróż okazała się dość niespodziewaną. Każdego z nich dręczą jakieś problemy. ale mimo wszystko postawili szczęście swojej małej gwiazdy nad przeciwnościami losu. Seans jest niezwykle ciepły i przyjemny, opiera się na bogatych kolorystycznie kadrach i prostej narracji rozwijającej relacje między bohaterami. Często bywa smutno, niekiedy wzruszająco, ale dzięki zgrabnie napisanym dialogom i bardzo dobremu aktorstwu (Greg Kinnear, Toni Collette, Steve Carell, Paul Dano) wypada bardzo naturalnie. Nie jest cukierkowy na siłę, nie prawi widzowi żadnych morałów, po prostu skupia się na pokazaniu tej nieidealnej rodzinki z problemami, dla której mała Olive jest przez cały czas ostoją. Jest im ciężko, ale wszyscy wspierają się nawzajem, co doskonale wybrzmiewa zwłaszcza w ostatniej scenie pokazu piękności. A to wszystko opakowane cudownymi zdjęciami i piękną muzyką. 

2. Lekarstwo na życie/ A Cure for Wellness (2016), reż. Gore Verbinski

Wciągający od pierwszych chwil, niespieszący się z narracją, powoli wprowadzający widza w swój niepokojący, momentami dziwnie senny klimat. Lockhart, biznesmen z ambicjami, zostaje wysłany przez swoich przełożonych do enigmatycznego spa położonego w szwajcarskich Alpach. Ma zabrać stamtąd jednego z członków rady nadzorczej, bez którego owa firma nie może dokonać fuzji. Sprawa się komplikuje, gdy dociera na miejsce, poznaje tamtejszych kuracjuszy, a wkrótce także właściwości ich uzdrawiającej wody. Mimo długiego czasu trwania, film nie dłuży się, utrzymując przez większość czasu dobre tempo. Nie straszy widza tanimi jumpscare’ami, oferując w zamian niepokojącą atmosferę, kilka fizycznie bolesnych do oglądania scen wywołujących dyskomfort i szczyptę body horroru. Jest to dla mnie mieszanka elementów Wyspy tajemnic i Substancji. Choć zakończenie trochę rozczarowuje przez brak subtelności, całość zapada w pamięć, nieważne czy się z nim polubiło czy nie.  

3. Persepolis (2007), reż. Vincent Paronnaud, Marjane Satrapi

Ekranizacja komiksu Marjane Satrapi współtworzona przez jego autorkę. Jest to autobiografia, w której Marjane przedstawia swoje dzieciństwo i dorastanie w cieniu irańskiej rewolucji, a później także pod butem teokratycznych restrykcji, opowiada o swoich zagranicznych studiach i przynależności do swojej narodowości, które musiała w sobie tam odnaleźć i niełatwym powrocie do domu. To nie tyle historia Iranu, ile kilku pokoleń widzianych oczami rozwijającej się bohaterki. Mimo że rewolucja irańska i jej konsekwencje są ciężkimi tematami, film świetnie balansuje tonację. Smutniejsze sceny – walka, śmierć i depresja – pokazane są w sposób artystyczny, zaś wszelkie absurdy irańskiego systemu zostały skarykaturyzowane. Mimo że kolorystyka animacji jest (poza kilkoma wyjątkami) czarno-biała, jej styl ulega widocznym zmianom, np wtedy, gdy Marjane idzie z babcią do kina. Małe dzieło sztuki, niezwykle dojrzałe w swoim przekazie.      

4. Sznur/ Rope (1948), reż. Alfred Hitchcock

Mistrz suspensu mawiał, że film powinien zacząć się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie ma tylko rosnąć. Nie inaczej jest w Sznurze, gdzie już w pierwszej scenie dwóch mężczyzn, pochodzących z bogatszych sfer, morduje swojego kolegę za pomocą tytułowej liny. Aby napawać się zbrodnią, chowają jego ciało do skrzyni, którą nakrywają obrusem i wystawiają w swoim salonie, gdzie ma się odbyć małe przyjęcie. Kryminał podejmuje analizę egocentryzmu i wyższości elit, pozwala swoim bohaterom dyskutować o moralności oraz stawia przed nimi pytanie o istnienie zbrodni doskonałej. Jest to krótki, dość zwięzły film, a jednocześnie po brzegi wypełniony sokiem genialnej fabuły. Mimo że śledzi się w nim tylko kilka osób poruszających się głównie po jednym pomieszczeniu, to napięcie jest wyczuwalne od początku do końca. Widz obserwuje zachowania postaci (zwłaszcza Brandona, granego przez Johna Dalla), przysłuchuje się ich rozmowom, a jednocześnie daje się prowadzić kamerze, która wszelkie cięcia ukrywa tak dyskretnie, jak Brandon i Philip swoją ofiarę. Seans genialny w swojej prostocie i minimalizmie. 

5. Głęboka czerwień/ Deep Red (1975), reż. Dario Argento

Bardzo dobrze nakręcony thriller trzymający w napięciu i bawiący się estetyką horroru. Angielski pianista jest świadkiem morderstwa swojej sąsiadki. Razem z młodą włoską dziennikarką podejmują śledztwo, podążając za tropem niepokojących poszlak, jakie morderca za sobą pozostawia. Film ten był moim pierwszym zetknięciem z kinem giallo. Motyw ukrywania głównego sprawcy i pokazywania scen popełniania zbrodni wyłącznie z jego perspektywy sprawdza się tu znakomicie, na czym zyskuje tajemnica wokół jego tożsamości, utrzymywana do samego końca. Zabójca działa jak duch, atakuje znienacka, a technikami i motywami, wokół których operuje, przyprawia widza o dreszcze. Tempo nie zawsze jest równe, ale od mniej więcej drugiej połowy filmu nie pozwala się nudzić ani przez chwilę, prowadząc do zaskakujących twistów fabularnych. 

6. Powrót żywych trupów/ The Return of the Living Dead (1985),  reż. Dan O’Bannon

Miłosna laurka do horrorów zombie, która już w piątej minucie odnosi się do Nocy żywych trupów, żeby wykorzystać jej fabułę do skonstruowania własnej genezy zombiaków, nafaszerowanej teoriami o rządowych eksperymentach i reanimujących toksynach. Choć zawiera typowe dla gatunku kiczowate elementy (jak np. głupie punkowe nastolatki imprezujące na cmentarzu) oraz nieco komedii, przez lwią część filmu, od pamiętnej sceny toksycznego deszczu ożywiającego trupy do samego końca, kreuje truposze na autentyczne zagrożenie. Typowe zombie są groźne głównie z powodu ich liczebności. Tutaj umarlaki zastawiają pułapki, są silne i cwane, a poziom środków do ich zwalczania rośnie wprost proporcjonalne do ich liczebności. Mało tego, truposze wyglądają tu po prostu obłędnie, przepięknie i przerażająco zarazem. Dostały nawet bardzo ciekawe wyjaśnienie, dlaczego jedzą ludzkie mózgi. Wisienką na torcie jest mocny gitarowy motyw przewodni napisany przez Josepha LoDucę, który za każdym razem wkręca się w uszy i nie pozwala o sobie zapomnieć. 

7. Scooby Doo: Na wyspie Zombie/ Scooby-Doo on Zombie Island (1998), reż. Jim Stenstrum

Stary, dobry Scooby-Doo. Paczka przyjaciół zawiesza swoją detektywistyczną działalność, znudzona tym, że zawsze pod maską potwora krył się jakiś człowiek. Ich losy ponownie się łączą, gdy dostają zaproszenie na jedną z wysp w Luizjanie, gdzie pewna posiadłość ma być nawiedzana przez ducha pirackiego kapitana. Ich przygoda pełna jest tajemnic, slapstickowego humoru, a pod koniec robi się naprawdę mroczna. Ma też dwa świetne utwory rockowe zespołu Skycycle – It’s Terror Time Again oraz The Ghost Is Here. Co tu dużo mówić, dla miłośników przygód Scooby’ego, takich jak ja, ten film oferuje porcję rozrywki tak solidną, jak kanapki Kudłatego.

8. My Little Pony: The Movie (2017), reż. Jayson Thiessen

Będąc szczerym, nigdy nie byłem fanem Kucyków Pony, choć kojarzyłem z nimi głównie jedną youtubową przeróbkę i parodystyczną serię u Dema. Podchodziłem do tego filmu bez żadnej nostalgii i niestety nie mam zbyt wiele o nim do powiedzenia. Kucykowo zostaje zaatakowane podczas Festiwalu Przyjaźni przez Króla Burz, więc Twilight Sparkle i jej przyjaciele wyruszają w podróż, by znaleźć nowych sojuszników. Jest tu trochę lekkiego humoru, trochę wpadających w ucho piosenek, prosto nakreślone postacie i relacje między nimi, świetny antagonista i… tyle. Seans jest bardzo przyjemny, nie dłuży się, ale nie przekonał mnie do zostania z tym uniwersum na dłużej. 

9. Wszystko tylko nie buty/ Freaked  (1993), reż. Alex Winter, Tom Stern

Absurdalnie głupia i zabawna komedia, często igrająca z oczekiwaniami widzów i utartymi schematami, a jednocześnie jest to świetny pastisz i satyra na korporacje i medialne piękno (pomimo kilku żartów z mniejszości i feministek, które nie zestarzały się zbyt dobrze). Narcystyczny aktor, jego przyjaciel i społeczna aktywistka trafiają do lunaparku dziwności Elijah Skuggsa, szalonego naukowca i showmana, który poddaje ich eksperymentom i więzi w swoim cyrku mutantów razem z wcześniej zdeformowanymi gości. Projekty owych mutantów są różnorodne i fantastycznie pokręcone, czemu sprzyja ich praktyczna charakteryzacja. Humor za każdym razem zaskakuje w swojej kreatywności, dialogi i sytuacje bawią swoim absurdem, czemu pomaga cudownie przegięte aktorstwo. 

10. Postal (2007), reż. Uwe Boll

W ubiegłym roku miałem przyjemność nadrobić kilka adaptacji gier od Uwe Bolla, m.in.Far Cry, Bloodrayne i Alone in The Dark. W większości były one po prostu nudne i nijakie, jednak wyjątkiem okazał się być Postal. To nadal dość słaby film, ale na każdym kroku dawał mi niezłą rozrywkę i bawił do łez. O ile wcześniejsze filmy Bolla traktowały się bardzo poważnie, tutaj kompletnie odpięto wrotki, serwując masę kontrowersyjnego, obrazoburczego i absurdalnego humoru, z którego zresztą słynie growa seria. Postal doskonale wie, czym jest, od początku do końca pozostaje samoświadomy i nie sili się na żadne przesłanie ani meta komentarze. Nie jest to dzieło wysokich lotów, ale zdecydowanie mogę polecić fanom wybitnie przesadzonej głupiej rozrywki, a zwłaszcza tym, którzy znają humor gier z Kolesiem w roli głównej. 

11. Guns Akimbo (2019), reż. Jason Lei Howden

Połączenie elementów growego interfejsu w stylu Ready Player One i dynamicznych scen akcji, wzbogacone muzyką przywodzącą na myśl Kick Ass.  Fabuła jest przewidywalna i bardzo typowa. Miles jest korporacyjnym przegrywem, który po pracy wypisuje w sieci trollerskie komentarze. Jego posty szybko sprowadziły na niego uwagę mafii, która porwała go, przygwoździła mu do rąk pistolety i zmusiła do transmitowanej ku uciesze tłumów walki na śmierć i życie z zawodową zabójczynią. Scenariusz pozostawia wiele do życzenia, ale momentami autentycznie bawi. Akcja potrafi przykuć oczy do ekranu, choć w większości scen niczym się nie wyróżnia. Czasem czuć, że przydałoby się lepsze wykorzystanie zwolnionego tempa lub wyraźniejszy kontrast kolorów. Najciekawszym elementem jest Daniel Radcliffe, którego postaci broń przypięta do dłoni bardziej przeszkadza niż stwarza okazję do spektakularnych scen akcji. Nie jest bohaterem kina akcji, częściej ucieka i improwizuje, dzięki czemu łatwiej mu kibicować, gdy w końcu wykazuje się odwagą. Ogólnie rzecz biorąc, bawiłem się nieźle, ale czuję, że potencjał na coś więcej został zmarnowany.

12. Wynalazek / Primer (2004), reż. Shane Carruth

Kino niezależne w każdym calu. Shane Carruth nie tylko ten film wyreżyserował i napisał, ale również zmontował, zrobił do niego muzykę i zagrał jedną z głównych ról. Jest to klasyczne naukowe mumbo jumbo, gdzie dwóch naukowców konstruuje maszynę do podróży w czasie, by wykorzystać ją do szybkiego wzbogacenia się. Choć produkcyjnie nie jest to najgorszy film spośród tych dwunastu, nie kupił mnie głównie przez narrację, która, co prawda, tłumaczy widzowi mechaniki przenoszenia się między liniami czasowymi, ale robi to i pokazuje w sposób bardzo konfundujący, przez co pod koniec kompletnie nie rozumie się obserwowanych wydarzeń. Jeśli kiedyś do niego wrócę, to raczej nieprędko.

M. Matłok

Możesz również polubić…

Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.