Blog

„Rycerz Siedmiu Królestw” – adaptacja doskonała

W 115. numerze Bezbeka z całego serca polecałem wam zbiór trzech opowiadań George’a R. R. Martina pt. Rycerz Siedmiu Królestw. Niezmiernie miło mi dziś zrobić to samo z pierwszym sezonem nowego serialu HBO. Recenzja bez spoilerów. 

Nie będę ukrywał na premierę tego serialu czekałem jak dziecko na Gwiazdkę. Znałem jakość produkcji HBO, lubiłem ten świat i od początku wierzyłem w ten projekt, nawet jeśli drugi sezon Rodu Smoka był lekko rozczarowujący. To jednak miało być coś innego niż dotychczas żadnych zdrad, intryg, knowań, wbijania noża w plecy i okazjonalnej czarnej magii. Oryginalny Rycerz Siedmiu Królestw był prostą historią o prostym chłopaku z Zapchlonego Tyłka, który został przygarnięty przez poczciwego ser Arlana Pennytree, a po jego śmierci samemu zapragnął zostać rycerzem. 

Ira Parker prowadzi swój serial, nie zmieniając zbyt wiele z pierwowzoru, dzięki czemu jest w stanie oddać ducha, sens i wszystkie główne motywy pierwszego opowiadania (Wędrowny Rycerz), a jednocześnie dodaje też trochę od siebie, zwłaszcza w ramach postaci drugoplanowych, znacznie je ubogacając, szczególnie o potrzebne dla ważnego punktu fabularnego motywacje. W mojej opinii najlepszą zmianą było rozwinięcie postaci ser Lyonela Baratheona. W opowiadaniu był on ledwie wspomniany, natomiast serial umiejscowił go w opowieści jako pełnoprawną postać. „Śmiejąca Się Burza” jest klasycznym reprezentantem swojego rodu, czyli silnym, rubasznym i charyzmatycznym gościem, który lubi wysokoprocentowe napoje, energiczne tańce i nigdy nie odmawia udziału w dobrej bitce. Serial zawiera także wiele retrospekcji, poprzez które poznajemy nieco bliżej relację Dunka z ser Arlanem. Są one dobrze umiejscowione i pogłębiają głównego bohatera. Największe zarzuty w tej materii mogą tyczyć się tylko tej, która wpada nagle podczas istotnego turnieju, przerywając obserwowaną walkę na kilka minut, ale, w mojej ocenie, miała ona sens i pasowała do momentu, w którym wystąpiła. 

Ton serialu jest bardzo przyziemny i lekki, sceny bywają przełamywane nagle, niespodziewanie. W pamięć wszystkim na pewno zapadną bardzo fizjologiczne momenty otwarcia dwóch pierwszych odcinków, dopasowane do świata Pieśni Lodu i Ognia (choć rozumiem, że nie każdy może być fanem tego typu humoru). Montaż również bawi się z widzami w kreatywny sposób, niekiedy nawiązując do motywów kojarzonych z innymi produkcjami (przykładowo otwarcie ostatniego odcinka do złudzenia przypominało mi scenę wyjętą z Pulp Fiction) i dobierając dość nieoczywistą muzykę, jak np. jazz. Rycerz Siedmiu Królestw nie jest jednak tylko lekką komedyjką. Mimo dominującego swojskiego klimatu scenarzyści pamiętają o tym, w jakim świecie rozgrywa się ta historia. Tam, gdzie jest to potrzebne, nie występuje żaden żart, sceny podniosłe są poważne, a momenty smutne rozrywają serce na wskroś. Istota fabuły oryginału nie zmieniła się ani trochę to wciąż rozprawa o rycerskości, tym, co czyni kogoś rycerzem oraz jaką rolę odgrywa w tym pochodzenie. Jest to także opowieść, której konsekwencje pozostawiają po sobie pytania bez jednoznacznej, oczywistej odpowiedzi. Widz na początku oglądania jest przyciągnięty przez prostotę i swobodę opowieści, zaś seans kończy ze łzami na policzku, wzruszeniem w oczach i z sercem ocieplonym mocniej niż kawalerka w sezonie grzewczym, już zaczynając tęsknić za dwójką głównych bohaterów.

Obsadę dobrano perfekcyjnie, trudno wskazać tu kogoś, kto nie pasowałby do swojej postaci. Dunk w wykonaniu Petera Claffey’a jest jak żywcem wyjęty z kart książki wysoki, poczciwy, silny, ale też trochę pogubiony i naiwny, najpierw robiąc, a potem myśląc. Dexter Sol Ansell jako Jajo idealnie go uzupełnia, jest ciekawski, wścibski, rezolutny i dowcipny, czyli również taki, jak powinien być. Bertie Carvel jako Baelor Breakspear i Sam Spruell wcielający się w Maekara Targaryena sprawdzają się równie świetnie, ale i tak całe show kradnie Daniel Ings, czyli wspomniany wcześniej Lyonel Baratheon. Jego manieryzmy, tembr głosu i niemal nieschodzący z twarzy uśmiech z miejsca przyciągają widownię zarówno w serialu, jak i przed telewizorami. 

Za produkcję odpowiada HBO, więc jakość realizacji stoi na wysokim poziomie. Wszystkie scenerie oraz rekwizyty są dość szczegółowe, sceny walk wyglądają krwawo, brutalnie i brudno, ale przy tym zostały dobrze pokazane. Jedyną budzącą skrajne opinie kwestią może być system dystrybucji, czyli sześć półgodzinnych odcinków, wypuszczanych tydzień po tygodniu. Oryginalne opowiadanie nie było zbyt długie, więc nie było szans na format długości Gry o Tron czy Rodu Smoka, a jednak, w mojej opinii, zdecydowano się wybrać lepsze rozwiązanie. Prawda jest taka, że gdyby zaoferować widzom od razu wszystkie odcinki, dyskusja o serialu umarłaby tydzień-dwa po jego premierze, zaś dystrybucja tygodniowa wydłużyła jego żywotność. 

Podsumowując, Rycerz Siedmiu Królestw to przykład jednej z najlepszych adaptacji, a zarazem zupełnie osobny, kompetentny serial, który mogą oglądać nawet nowi widzowie, nie zaznajomieni wcześniej z uniwersum G. R. R. Martina. Ogromnie czekam na kolejny sezon, tym bardziej, że będzie on ekranizował moje ulubione opowiadanie (Zaprzysiężony Miecz). Co ciekawe, zapowiedziano już plany na coroczną dystrybucję nowych przygód, zaś w jednym z wywiadów Ira Parker stwierdził, że wraz z Martinem chcieliby zrobić w sumie kilkanaście sezonów. Czy faktycznie dostaniemy aż tyle contentu i czy HBO dotrzyma regularności? Zobaczymy. Osobiście czekam tylko na adaptację dwóch kolejnych opowiadań, a jeśli po drodze Martin napisze kolejne, a HBO sięgnie również po nie, to na pewno nie będę narzekać. 

M. Matłok

Możesz również polubić…

Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.