O dwóch takich, co chcieli zagrać w filmie.

Marvel ma ostatnio dobrą passę. W zeszłym roku, pomijając nieszczęsnego Kapitana Amerykę: Nowy Wspaniały Świat, Thunderbolts i Fantastic Four: First Steps, kupiły zarówno uwagę krytyków, jak i widzów. Z produkcjami przeznaczonymi stricte dla Disney+ bywało bardzo różnie, ale mniejsze projekty pokroju Agatha All Along pokazywały, że w MCU wciąż mogą powstawać kompetentne seriale niebędące pociętymi filmami.
No i tu pojawia się Wonder Man, przypominający coś wyjętego z zupełnie innego wymiaru, trzymający się ziemi tak blisko, jak tylko można. Ośmioodcinkowy miniserial, gdzie nie ma żadnych złoczyńców, nie ma scen akcji, nie trzeba ratować świata i w którym nie dzieje się nic istotnego dla losów uniwersum. Jest to mała, drobna i bardzo kameralna rzecz, nieważna dla tego wszystkiego, co MCU próbowało budować i co zapowiada na przyszłość. A jednocześnie jest to płynne, przyjemne doświadczenie, z każdym kolejnym odcinkiem przykuwające do ekranu i pozwalające widzowi czuć się dobrze podczas oglądania losów głównych postaci, które mają bardzo ludzki cel: dostać się na casting do filmu.
Za serial odpowiada Destin Daniel Cretton, reżyser marvelowego Shang-Chi oraz prawniczego dramatu Tylko sprawiedliwość z 2019 roku. Fabuła kręci się wokół dwóch panów. Simon Williams jest bardzo ambitnym aktorem, próbującym wybić się w branży i odnaleźć własne miejsce, jednak bez większych sukcesów. Jest trochę samotny, zagubiony, łatwo traci kontrolę nad emocjami, a na domiar złego musi ukrywać przed wszystkimi swoją moc. Pewnego dnia los daje mu szansę w postaci castingu do Wonder Mana – remake’u jego ulubionego filmu z dzieciństwa, w dodatku kręconego przez znanego reżysera. Podczas pierwszych prób poznaje Trevora Slattery’ego, którego widzowie MCU mogą pamiętać jako komediowego sobowtóra Mandaryna z Iron Mana 3 oraz wspomnianego Shang-Chi. Panowie szybko nawiązują ze sobą kumpelską, a potem przyjacielską relację, pomagając sobie nawzajem, ucząc się od siebie (choć to Simon bardziej uczy się od Trevora) i odnajdują w sobie bratnie dusze. Często goni ich czas, a na drodze stają rozmaite przeciwności, w tym przeszłość Trevora, która nie chce dać o sobie zapomnieć.
Odcinki są bardzo dobrze napisane. Scenariusz konsekwentnie skupia się na rozwijaniu Simona i Trevora, nie pozostawiając w tyle żadnego z nich, uzupełniając ich relację o nowe elementy. Na żadnym etapie ich więź nie jest przesadnie dramatyzowana ani dośmieszniana. Jeśli pojawia się poważna scena, to nie wytrąca jej z tonu żaden niepotrzebny żart. Jeśli trzeba zmienić atmosferę i dodać coś zabawnego, to nie będzie to cringe’owy, tani marvelkowy humor, ale dobrze wbudowany w scenę i postać subtelny dialog lub sytuacja. Główni bohaterowie spędzają ze sobą mnóstwo czasu, wymieniając głównie swoje przemyślenia na temat kina, sztuki oraz sensu i inspiracjach w aktorstwie. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że dzięki tematyce, która jest tu poruszana, Wonder Man jest małym The Studio w uniwersum Marvela. Supermoce można na spokojnie zmienić na problemy z kontrolą własnych emocji, rządową organizację Damage Control przemianować na służby federalne, a ta historia wciąż by się broniła. W głównych rolach obsadzono Yahya Abdula-Mateena II oraz Bena Kingsleya, którzy wiarygodnie sprzedają swoje postacie. Od ich pierwszych wspólnych scen widać, że mają między sobą doskonałą chemię i potrafią ją przenieść na swoje role. Kadry są żywe i kolorowe, tempo narracji dość powolne, ale jednocześnie magnetyzujące, a muzyka pieści ucho delikatnymi brzmieniami. Czyniąc długą historię krótką: ten serial się po prostu chłonie, nawet jeśli trwa tylko osiem półgodzinnych epizodów.
Disney nie bardzo wierzy w takie małe projekty, dlatego kompletnie nie promuje tego serialu i już w dzień premiery udostępnił całość, przez co dyskusja o nim nie potrwa zbyt długo. Ja jednak nie dam jej odejść w zapomnienie, dlatego serdecznie polecam każdemu znaleźć kilka wolnych godzin i dać się porwać tej narracji. Jeśli macie dość superbohaterszczyzny, to będzie coś, co przekona was, że można zrobić coś więcej niż blockbuster ze stawką wielkości celestiala. Jeśli nigdy nie pałaliście wielką sympatią do superhero, dajcie temu serialowi szansę, a zobaczycie, jak niezwykle naturalna i ludzka może być opowieść o facecie z supermocami, dla którego jego zdolności są bardziej przeszkodą niż szansą na spełnienie w życiu. Jeśli macie dość mroku, nieszczęść i pokazywania świata w smutnych, szarych barwach, tu dostaniecie coś miłego, pozytywnego i ocieplającego serce, nawet mimo kilku poważniejszych wątków. Nie potrzebujecie wcześniej znać niczego z uniwersum MCU, nie musicie czytać o postaci Wonder Mana. Włączcie pierwszy odcinek, a reszta poleci już sama. Miłego oglądania!
M. Matłok
