Na samym początku chcę zaznaczyć: nie znam twórczości Friza i Wersow. Jedyne, co wiedziałam o tej parze przed obejrzeniem filmu, to to, że zdobyli popularność dzięki YouTube’owi, choć sama nigdy nie obejrzałam żadnego z ich filmów. Kojarzyłam ich głównie z medialnych nagłówków, lodów Ekipy, które swego czasu opanowały sklepy, i faktu, że nazwa „Ekipa” wyszła z inicjatywy Friza. Nigdy nie czułam potrzeby, by bliżej przyglądać się ich internetowemu światu, ale trudno nie zauważyć ich sukcesu. W końcu, skoro nawet osoby niezainteresowane YouTube’em znają ich pseudonimy, to znaczy, że zrobili coś, co naprawdę przebiło bańkę internetowej popularności.
Z opisu filmu na Filmwebie możemy się dowiedzieć, że jest to film dokumentalny o sekretnym ślubie pierwszej pary polskiego internetu: Friza i Wersow.
No, to jeżeli idziecie do kina z takim nastawieniem, to możecie się mocno zdziwić.

Bo, oczywiście, na początku faktycznie widzimy ujęcia, gdzie Friz wybiera garnitur (choć Wersow nie jest przy tym obecna, później sama mówi, że brała udział w wyborze stroju Friza i przymiarkach), a Wersow w tym czasie odwiedza salon sukien ślubnych razem z najbliższymi. Wszystko zapowiada się więc jak klasyczna, romantyczna zapowiedź wielkiego wydarzenia.
Natomiast później… no cóż, temat ślubu jakby znika w tle. Friz może ze dwa razy wspomina, żeby Wersow w końcu odpisała wedding plannerce na wiadomości albo zaakceptowała jakieś wizualizacje dekoracji. Dowiadujemy się przy okazji, że Wersow ma spory problem z planowaniem i notorycznie o wszystkim zapomina, co zresztą jest przedstawione w dość lekkim tonie, ale mimo wszystko trochę dziwi, biorąc pod uwagę, że mówimy o filmie, który miał być o ślubie.
I to jest dopiero sam początek, a mimo ciągłych przypomnień ze strony producentów, że „ślub już za X dni”, realnie o samym ślubie wciąż nie wiemy prawie nic.
Dalsza część filmu jest tak naprawdę zlepkiem wszystkiego. Mamy tu wątki o hejcie, który, jak łatwo się domyślić, wylewa się głównie na Weronikę. Widzimy Friza i Wersow podczas warsztatów emocji dla par, gdzie udają buldoga, patrzą sobie w oczy i płaczą (no uznajmy, że to też jakaś forma przygotowań do ślubu). Dowiadujemy się również, że mają dwuletnią córkę, a jej wizerunek upublicznili po to, żeby (paradoksalnie) media mniej ingerowały w ich prywatność. I wiecie co, ja to zasadniczo rozumiem. Ludzie, którzy żyją z internetu, pewnie naprawdę muszą się z tym wszystkim mierzyć.
Natomiast problem polega na tym, że to wszystko jest jednym wielkim zlepkiem przypadkowych kadrów. Nie ma tu spójnej narracji: zanim zdążę się w coś wczuć, już przeskakujemy do kolejnej sceny. I w ten sposób, zupełnie mimochodem, dowiadujemy się, że jakiś członek Ekipy odszedł miesiąc przed festiwalem EKIPY i zostawił cały projekt bez promocji, line-upu i przygotowania. Friz bardzo to przeżywa, bo do spięcia budżetu zabrakło około 1500 biletów (na pewno ponad tysiąc, ale mniej niż dwa, dokładnej liczby nie zapamiętałam). Przez to ma kryzys i nie potrafi się pokazać ludziom, bo czuje, że zawiódł. A że ma w sobie ogromną ambicję i chce udowodnić temu młodszemu sobie, że potrafi wszystko dopiąć na tip-top: no to oglądamy, jak się z tym zmaga.
Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze wątek nowego projektu Ekipy, który ma na celu „łowienie talentów” i rozwijanie nowych twórców internetowych. Oglądamy też fragmenty związane z budową nowej siedziby Ekipy: ogromnego domu, który ma być miejscem pracy, twórczości i wspólnego życia. Padają tam nawet konkretne liczby: początkowo budżet miał wynieść 65 milionów złotych, ale dzięki „optymalizacji kosztów” udało się zejść do 53 milionów, co pozwoliło im ostatecznie spiąć cały projekt finansowo. I oczywiście: to imponujące przedsięwzięcie, tylko że znowu… kompletnie oderwane od wątku przewodniego filmu. W pewnym momencie miałam wrażenie, że oglądam bardziej korporacyjną prezentację niż dokument o związku i ślubie.
W międzyczasie pojawia się też wątek Wersow, która mówi, że chce iść śladem swojej mamy, kobiety spełnionej mimo obowiązków i macierzyństwa. Dla Weroniki tą drogą jest muzyka i śpiew, które traktuje jako formę samorealizacji i terapii. Wszystko brzmi ładnie, sensownie, i samo w sobie mogłoby być ciekawe… Gdyby tylko miało jakikolwiek związek z tym nieszczęsnym ślubem, o którym film rzekomo opowiada.
Wersow w pewnym momencie wspomina, że bardzo zależy im na tym, żeby podczas ślubu i wesela nikt z gości nie miał przy sobie telefonu. Wszystkie mają być bezpiecznie schowane, tak żeby każdy mógł czuć się swobodnie, nie martwiąc się, że ktoś coś nagra albo wrzuci do sieci. I wiecie, brzmi to naprawdę sensownie. W końcu prywatność w czasach internetu to towar deficytowy.
Tyle że… no właśnie. Cały ten ślub i wesele zostały nagrane. Profesjonalnie. Z kilku kamer. I później te nagrania trafiły do filmu, który oglądają tysiące (jeśli nie setki tysięcy) widzów. Ironia? Delikatnie mówiąc: spora. Bo o ile rozumiem potrzebę kontroli nad własnym wizerunkiem, to jednak trudno mówić o „wyłączonych kamerach”, kiedy sami zapraszamy je na każdy możliwy moment tego „prywatnego” wydarzenia.

No ale na koniec wskażę dwie rzeczy, które, w mojej opinii, naprawdę dobrze się oglądało.
Po pierwsze: fragment, w którym Wersow czyta list od fanki podczas meet&greet. Nie mam oczywiście pewności, że scena nie była wyreżyserowana, ale mimo wszystko miała w sobie coś szczerego. Było w niej trochę ciepła i takiego zwykłego ludzkiego wzruszenia. Sama treść listu też była ważna, bo każdy powinien czasem usłyszeć, że jest wystarczający i ważny taki, jaki jest. Szkoda tylko, że trwało to dosłownie kilka sekund i zaraz potem film znowu gdzieś pobiegł dalej.
Po drugie: moment czytania przysiąg ślubnych, które oboje przygotowali. To naprawdę była jedna z ładniejszych, bardziej emocjonalnych scen całego filmu. Widać było autentyczność, bliskość i to, że mimo chaosu wokół, ta chwila była dla nich ważna. Tylko że… oglądając to, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że to trochę za dużo jak na coś tak prywatnego. Nie wiem, czy ja sama chciałabym, żeby tak intymny moment z mojego życia został pokazany tylu ludziom.
Podsumowując, po seansie mam wrażenie, że ten film sam nie do końca wie, czym chce być. Z jednej strony próbuje udawać dokument o ślubie: o emocjach, przygotowaniach i kulisach życia „pierwszej pary polskiego internetu”. Z drugiej strony bardziej przypomina długi vlog albo kolaż promocyjnych nagrań, które mają pokazać, że Friz i Wersow są tacy jak my. Tylko z większym domem, lepszym światłem i kamerą, która to wszystko ładnie opakuje. Momentami jest wzruszająco, momentami chaotycznie, a przez większość czasu… po prostu trudno zrozumieć, o co właściwie chodzi. Bo jeśli miał to być film o miłości w czasach online, to paradoksalnie, pokazuje raczej, jak bardzo internet potrafi tę miłość przykryć montażem, strategią wizerunkową i ciągłą potrzebą bycia oglądanym.
Bajaderka
