Nosi czarny strój, skacze po dachach, obija przestępców i jest świetnym detektywem. Choć te słowa idealnie pasują do Nietoperza, od niedawna dla mnie będą się one również kojarzyć z Pająkiem. Recenzja nie zawiera spoilerów wykraczających ponad ogólny zarys fabuły.

Gdy po raz pierwszy usłyszałem Nicolasa Cage’a jako Spider-Noira w “Into the Spider-Verse” (2018), potraktowałem to tylko jako ciekawostkę. Gdy ogłoszono, że powstaje serial aktorski o tym bohaterze, a Cage ma ponownie wcielić się w tę postać, byłem zaintrygowany. Dziś, po obejrzeniu ośmiu odcinków, mogę uśmiechnąć się z satysfakcją, bo dostałem dokładnie to, czego oczekiwałem.
Lata 30. XX w., Nowy Jork. Zbliżają się wybory na burmistrza, trwa segregacja rasowa, a miastem trzęsie mafiozo Finbar Byrne, znany jako Silvermane, którego wpływy sięgają nawet władz. Ben Reily jest prywatnym detektywem obdarzonym pajęczymi mocami, ale nie korzysta z nich od pięciu lat, gdy stracił swoją ukochaną. Nie wiedzie mu się najlepiej, popadł w alkoholizm, a dzwonek telefonu stojącego na biurku jego sekretarki, Janet, słychać dość rzadko. Którejś nocy otrzymał z pozoru typowe zlecenie śledzenia pewnego człowieka, powiązanego z podpaleniem willi Silvermane’a. Gdy ów gagatek ujawnia zdolność piromancji, Reily zaczyna zdawać sobie sprawę, że osób jemu podobnych jest więcej, nie podejrzewając, że właśnie sam zaplótł się w sieć powiązań, które łączy przepiękna femme fatale, Cat Hardy.
Od pierwszych zapowiedzi serialu “Spider-Noir” liczyłem na mroczną, detektywistyczną opowieść i nie rozczarowałem się ani trochę. Na dobrą sprawę to bardziej serial o Benie Reilly’m niż o jego pajączkowatym alter ego. Są tu pełnoprawne, bardzo dobrze napisane postacie, wciągająca fabuła i klimatyczna estetyka kina detektywistycznego, która jednak nigdy nie popada w auto parodię niczym w “Sin City”. Ogląda się to jak klimatyczne crime story osadzone w pewnej epoce, intryga jest sensownie poprowadzona, każdy zwrot fabularny z czegoś wynika, a postacie postępują zgodnie z nadanym im charakterem. Historia traktuje się tu poważnie, co nie znaczy, że nie ma tu małych chwil na złapanie oddechu i wyluzowanie, bo serial autentycznie potrafi rozbawić widza poprzez nienachalny, dobrze wpisany w narrację humor.
Mimo, że Pajączka nie ma na ekranie zbyt często, nie znaczy to, że elementy superbohaterskie zostały zdegradowane lub ograniczone – wręcz przeciwnie. Pamiętajmy, że to wciąż serial komiksowy, więc jest tu kilka przerysowanych, nadnaturalnych motywów. Geneza supermocy odgrywa tu bardzo ważną rolę fabularną, zaś efekty specjalne ich wykorzystywania zostały dobrze zrealizowane. Dość powiedzieć, że bujanie się po sieci wygląda po prostu cudownie, widząc z jaką lekkością główny bohater huśta się z budynku na budynek oraz jak dobrze korzysta z własnych splotów. Sceny akcji są jednak pod tym względem trochę nierówne. Pościg za Silvermanem czy bijatyka w barze dają frajdę w oglądaniu, ale mniejsze starcia na pięści są lekko ślamazarne (choć w moim odczuciu tak właśnie miało być – w końcu Spider dopiero co wrócił po pięcioletniej przerwie). W żadnej scenie jednak nie czuć taniości, bylejakości, a ich aranżacja wydaje się przemyślana.
Amazon udostępnił dwie wersje “Spider-Noir”: kolorową i czarno-białą. Choć ta pierwsza nie jest zła, zdecydowanie polecam oglądać w oryginale, bo już od pierwszych scen widać jak na dłoni, że każdy odcinek kręcono pod dopasowanie do konkretnej stylistyki. Wszystko tu spaja się w jedną, angażującą audio-wizualnie całość, począwszy od kadrowania, ustawienia kamery, kreowania otoczenia aż po montaż. Wiele pojedynczych ujęć stanowi perełki kinematografii same w sobie, a kadry z nich wyciągnięte spokojnie nadawałyby się na tapetę lub do wydrukowania i oprawienia w ramkę. Od początku do końca twórcy na każdym kroku pokazują, że mieli na tę historię konkretny pomysł, z którym wiązała się cała masa rozwiązań narracyjnych, obejmujących nawet flashbacki czy oniryczne sceny jak z koszmaru.
Nicolas Cage jest w swojej roli świetny i nawet dostaje kilka scen, żeby sobie klasycznie pokejdżować, ale reszta obsady nie odstępuje mu aktorsko ani na krok. Brendan Gleeson jako Silvermane kradnie każdą scenę dla siebie, Karen Rodriguez jako Janet jest dociekliwą i inteligentną pomocniczką a zarazem dobrą przyjaciółką głównego bohatera , a Li Jun Li jako Cat Hardy przyciąga do ekranu, zapadając w pamięć zwłaszcza po scenie jej występu wokalnego. Jednym z moich ulubieńców jest też Andrew Lewis Caldwell, który świetnie bawi się rolą Megawatta, doskonale odnajdując się w roli przerysowanego gangstera o sporych ambicjach teatralnych. Wiem, że nie wszystkim musi się podobać taki styl postaci, ale moją uwagę ukradł i już nie oddał.
Czy “Spider-Noir” jest lepszy od “Wonder Mana”? Osobiście wolę nie porównywać tych dwóch seriali, mimo że oba stanowią solidną jakość, której produkcje superhero dziś mocno potrzebują. Wiem natomiast, że wy za to nie potrzebujecie znać niczego więcej – żadnego komiksu, żadnego filmu ani serialu. Wystarczy, że usiądziecie przez ekranem i zafundujecie sobie seans, który wciągnie was w komiksową intrygę – z pozoru znajomą, a jednak z zupełnie innej beczki. Jeśli lubicie Spider-Mana, kino noir, Nicolasa Cage’a albo wszystkie te rzeczy naraz, to jest coś dla was.
M. Matłok
