Dawno nie było (prawie rok), więc nie ma na co czekać – powracamy do analizy filmowych przygód Mściciela z Gotham!

Porażka przerysowanego, kreskówkowego Batmana live action uświadomiła Warner Bros., że nie wolno robić sobie śmieszków z Mrocznego Rycerza. Po premierze dość chłodno przyjętej dylogii Joela Schumachera, Gacek trafił do zamrażarki, a potem DC wypuściło jedynie w 2004 roku „Catwoman”, która przyjęła się jeszcze gorzej. Marvel natomiast nie próżnował i po cichu ustanawiał nowy trend. W okresie 1997-2005 Niezwykli dali swoim widzom aż dwie trylogie (Spider-Mana od Sama Raimiego oraz X-Menów od Bryana Singera), a także pierwszą część „Fantastic Four” od Tima Story’ego (chociaż wtedy był to bardziej projekt 20th Century Fox niż Marvel Studios przez prawa do marki). Co łączy te filmy? Poważne podejście do kina komiksowego. Nie było mowy o kolejnym zrobieniu z komiksów absurdalnego parku rozrywki, do czego te filmy sprowadził Schumacher. Tym razem chciano pokazać fanom Człowieka-Nietoperza, że podchodzi się do ich ulubionego bohatera z należytym szacunkiem.
Właśnie tak w 2005 roku w kinach pojawił się „Batman: Początek”, jeden z najbardziej znaczących rebootów w historii kina superbohaterskiego, który na nowo tchnął życie w filmowego Batmana. Jednocześnie Nolan nie unieważnił tego, co było do tej pory, nie wdrożył żadnego retconu. Mimo że budował własne małe uniwersum od podstaw, nie wahał się (przynajmniej w pierwszym filmie) umieścić rozmaite odniesienia do poprzednich wizji Batmana, jak choćby scena zakładania kostiumu niczym w „Batman Forever”, albo wątek strachu przed nietoperzami zakończony ujęciem na Bruce’a otoczonego przez te małe latające gryzonie, planowany na nigdy niezrealizowany film „Batman Triumphant”. Nowa trylogia miała być dla Mrocznego Rycerza powrotem w glorii i chwale na wielki ekran, traktując go z odpowiednią powagą. Choć pojedyncze filmy nie adaptowały bezpośrednio żadnej pełnej historii, scenariusz uwzględnił niektóre postacie i motywy ze znanych komiksów. Najmocniej przebijają się odwołania do „The Man Who Falls” Dennisa O’Neilla, „Killing Joke” Alana Moore’a, „The Long Halloween” Joepha Loeba, „Batman: Year One”, „Knightfall” i „Powrotu Mrocznego Rycerza” Franka Millera oraz „No Man’s Land” pod redakcją Alana Granta. Nie tylko komiksy były jednak inspiracją dla reżysera.
Wspomniałem już o odniesieniach do niektórych scen z poprzednich filmów o Batmanie, ale Christopher Nolan poszedł o krok dalej, przyporządkowując każdy film do odrębnego gatunku. “Batman Begins” łączył kino wschodnie/azjatyckie z przygodami Jamesa Bonda (Bruce Wayne szkoli się w sztukach ninja pod okiem Ligi Cieni, a później co jakiś czas odwiedza Luciusa Foxa, prosząc go o nowe fikuśne gadżety). ”The Dark Knight” utrzymany był w konwencji pulpowo-mafijnego thrillera, zaś „The Dark Knight Rises” dużo bardziej przypominał akcyjny blockbuster. Do tego dochodziła cała masa aluzji odnośnie do ówczesnej społeczno-ekonomicznej sytuacji w Stanach Zjednoczonych, czyli powszechny niepokój o bezpieczeństwo, różnice klasowe, powszechna korupcja etc.
Wielu miłośników trylogii Mrocznego Rycerza do dziś uważa, że jest to ich ulubiona wersja Batmana, w pełni realistyczna, utrzymana głównie w ponurej atmosferze. Problem w tym, że gdyby wziąć pod uwagę wszystkie powyższe elementy, które Nolan umieścił w swoich filmach oraz gdy spojrzy się nieco bliżej scenariuszowi, okaże się, że nawet w „Mrocznym Rycerzu” cała poważna otoczka wydaje się jedynie pozorna. Joker jest przerysowanym psychopatą, który ciągle opowiada różne wersje genezy swoich blizn, podpala wóz strażacki albo podczas pościgu za Harveyem Dentem siedzi w ciężarówce z napisem „Slaughter is the best medicine” i strzela z bazooki. Przerysowane podejście reprezentują także gangsterzy, na czele z moim ulubionym rosyjskim oprychem, jego stereotypowym akcentem i sforą psów. Do tego na końcu jednej z pierwszych scen akcji filmu Batman miażdży samochód, spadając na niego z wysokości, a potem krytykuje swoich amatorskich sobowtórów, mówiąc, że „nie nosi ochraniaczy hokejowych”. Takich pulpowych elementów jest znacznie więcej, zarówno tu, jak i w pozostałych dwóch filmach tej serii. Mimo że Nolan sili się na poważne wątki, to w ostatecznym rozrachunku wypadają one bardzo sztampowo, jednowymiarowo i sprowadzają się w głównej mierze do całej masy pamiętnych tekstów, które mają brzmieć poważnie i patetycznie. W popkulturze już na zawsze zapisały się takie linijki, jak: „Noc jest najciemniejsza tuż przed świtem”, „Albo umierasz jako bohater, albo żyjesz na tyle długo, by stać się złoczyńcą”, tudzież „Niektórzy chcą, tylko patrzeć jak świat płonie”.
Najpoważniejszym problemem tej trylogii jest nieumiejętne pisanie postaci, przez co bohaterowie wypadają dość sztucznie i nie są w stanie rozmawiać ze sobą po ludzku, bo dialogi w większości są bardzo górnolotne i płaskie (chociaż to akurat przypadłość niemal wszystkich filmów Nolana). Protagonista zarówno jako Bruce Wayne, jak i Batman jest nieciekawy, nie przechodzi zbyt skomplikowanej drogi, a jego cała istota sprowadza się wyłącznie do bycia zamaskowanym vigilante. Postacie poboczne są dla niego jedynie otoczeniem, przez co nie mają własnych wątków ani ciekawych osobowości, co najbardziej widoczne w przypadku Rachel Dawes. Prokuratorka traktowana jest tylko jako obiekt westchnień dla Wayne’a w pierwszej części, a potem element trójkąta miłosnego w drugiej. Jest to tym bardziej smutne, że obsada aktorska tych filmów jest naprawdę znakomita: Christian Bale, Michael Caine, Gary Oldman, Morgan Freeman, Heath Ledger (na zawsze w naszej pamięci), Liam Neeson, Katie Holmes, Maggie Gyllenhaal, Cillian Murphy, Anne Hathaway, Tom Hardy… To są naprawdę bardzo mocne nazwiska, a niestety mało kto z nich dostaje coś konkretnego do zagrania.
Dość miałka fabuła, postacie, które opisać można w dwóch zdaniach i zbyt podniosłe dialogi nie przeszkadzają jednak w odbiorze tych filmów dzięki temu, jak one wyglądają (i nie mówię tu o projekcie Gotham, bo o ile w „Batman Begins” miało ono ciekawe elementy, tak w dwóch kolejnych produkcjach było to po prostu Chicago). Nolan jak mało kto zna się na realizacji dużej akcji w wysokobudżetowym kinie. Nawet jeśli walka wręcz prezentuje się u niego koślawo, scena napadu na bank w „The Dark Knight”, uprowadzenie samolotu w „Rises” oraz wszystkie pościgi wyglądają nadal świetnie. Ogromna w tym zasługa sposobu realizacji scen, użycia odpowiednich obiektywów, zaplanowania kadrów, perspektywy, praktycznych efektów specjalnych, a także soundtracku, skomponowanego przez Hansa Zimmera, który jeszcze wtedy był u szczytu swoich możliwości.
Trylogia Batmanów Nolana nie przerodziła się nigdy w nic większego. Podczas swego trwania nie zostawiła żadnej furtki na powiększenie uniwersum o motywy magiczno-kosmiczne ani innych superbohaterów. Te filmy od początku miały skupiać się na jednym zamaskowanym mścicielu, rozpocząć konkretną historię, kontynuować ją i domknąć tak, by stanowiły małą, spójną całość. Produkcje te zarobiły niemałe pieniądze w box office, zostały także ciepło przyjęte przez krytyków oraz widzów, ale nie można nie wspomnieć o dwóch ciemnych stronach związanych z tą trylogią. Pierwsza obejmuje niezwykle głośną społeczność, która do dziś jest w stanie bronić „Mrocznego Rycerza” równie mocno, co fani Snydera jego wizji na uniwersum DC. Wystarczy przypomnieć oburzenie wywołane brakiem nominacji „The Dark Knight” do Oscarów w kategorii „Najlepszy film 2008”, odzew grupy co najmniej niezadowolonych fanów na nieco chłodniejsze (choć nadal pozytywne) recenzje „The Dark Knight Rises” albo sporadyczne próby manipulowania ocenami w internetowych serwisach i bazach danych poświęconych filmom. Druga jest o wiele smutniejsza i dotyczy strzelaniny w mieście Aurora (Kolorado, USA) z 20 lipca 2012 r. Podczas nocnego seansu „The Dark Knight Rises” James Holmes zabił 12 osób i ranił kilkadziesiąt kolejnych. Mimo że nie doszło później do podobnych incydentów, od tego momentu niektóre sieci kinowe zwiększyły środki ostrożności.
Kolejnym wcieleniem Batmana na dużym ekranie była kreacja Bena Afflecka w serii filmów Zacka Snydera, ale jego Gacek nigdy nie dostał własnego filmu, będąc jedynie częścią dość pospiesznie budowanej Ligi Sprawiedliwości. Z tego też powodu nie omówię tej wersji Batmana w swojej serii (zamiast tego może kiedyś wrócę do tematu przy okazji artykułu o Snyderverse) i od razu przejdę do produkcji z 2022 roku w reżyserii Matta Reevesa. Na to jednak (bardzo niedługo) przyjdzie czas innym razem.
M. Matłok
