Blog

Animacja jako medium. Wywiad z J. Jelińskim (Brody z Kosmosu), cz 2.

Julian Jeliński prowadzi kanał Brody z Kosmosu, na którym omawia różnorakie dzieła popkultury – od komiksów po filmy i seriale. Największym zainteresowaniem darzy animacje, zatem porozmawialiśmy z nim m.in. o odbiorze zachodnich animacji oraz specyfice anime. Dyskusję prowadził Mateusz Matłok, a pomagali mu Maciek oraz Ryba. Ze względu na to, że wywiad jest bardzo długi, został on podzielony na dwie części (Poprzednia część). W tej przeczytacie o produkcjach anime. 

Czołówka z Kanału na YT Brody z Kosmosu.

M: Maciek wcześniej zahaczył o temat anime, czy śledzisz obecnie jakieś seriale lub filmy z tej kategorii, o których nie wspominasz na kanale?

J: Na pewno, staram się oglądać teraz zdecydowanie więcej anime. Oglądałem anime w latach 90., a wcześniej uwielbiałem anime z lat 80. Jest takie ładne pojęcie, używane w Stanach, Oldtaku. Nie Otaku, a Oldtaku; ja się troszeczkę takim czuję, czuję się osobą, która wyrosła na oldschoolowych anime, tych pierwszych tłumaczonych po angielsku z ohydnym dubbingiem. Lubię sobie poprzeglądać jakieś rzeczy i spróbować je ugryźć, ale staram się unikać najbardziej popularnych tytułów, które gdzieś ktoś mi podrzuca. Naruto zdecydowanie ominąłem. Gdzieś ktoś mi polecał Hunter x Hunter, ale ja zawsze przeglądam Crunchyroll i patrzę, co jest nowego. W ten sposób po cichu sobie obejrzałem dwa sezony Solo Leveling i bawiłem się przednio. Nie spodziewałem się, jak fajnie ten serial rozwinie się w drugim sezonie w porównaniu do pierwszego. Bardzo nie spodziewałem się też, jak dobrze będę się bawił na Pamiętnikach Zielarki, które teraz oglądam. Jeszcze do drugiego sezonu nie doszedłem, bo sobie to dawkuję. 

Mateusz: Jak dobrze znasz się na anime?

Julian: Mam taką tendencję, takie podejście, że ze względu na to, że anime jest tak ogromnym, fascynującym światem, to staram się nie mówić o sobie jako ekspercie. Mimo tego, że obejrzałem pewnie tysiące rzeczy, nie czuję się aż tak mocny w tym, jak np. w komiksach, więc moje ocenianie zawsze wydaje mi się troszeczkę jak takiej osoby z zewnątrz. Może tak też jest dlatego, że wyrosłem na tych zamerykanizowanych, często nawet przemontowywanych dla widza europejskiego lub amerykańskiego. 

M: Anime cieszy się coraz większą popularnością na tyle, że na tle wielu boxoffice’owych wtop filmów live action wszelkie rekordy bije kinówka Demon Slayer: Infinity Castle. Czy według ciebie wynika to z popularności serii, czy może z faktu, że ten film trafi na streaming dopiero w przyszłym roku? 

Z anime Demon Slayera Infinity Castle

J: Mieliśmy w tym roku fenomen dwóch animacji. Mieliśmy Ne-Zha 2, czyli największy hit w historii kina chińskiego, który zarobił ponad dwa miliardy dolarów w samych Chinach i teraz goni Titanica oraz właśnie Demon Slayera Infinity Castle. Ne-Zha 2 jest na podstawie legend chińskich i w dodatku jest to druga część, więc próg wejścia może być całkiem wysoki. Z kolei Demon Slayer to pierwsza część trylogii i jednocześnie jest to piąty sezon, więc jeszcze wyższy próg wejścia, jeżeli chodzi o znajomość wszystkich postaci. Mimo to oba filmy są ogromnymi hitami, na których byłem i którymi się jaram. Swoją drogą dziś przyszła do mnie wersja Bluray Mugen Train, który wciąż uważam za najlepszy film, jeżeli chodzi o serię Demon Slayer, bo działa najlepiej jako samodzielna produkcja. Ale wydaje mi się, że odpowiedź na to pytanie jest troszeczkę inna, że to trochę zaczarowywanie rzeczywistości i udawanie, że anime nie wpływa na miliony nie tylko odbiorców, ale i twórców na całym świecie. Sukces Demon Slayera dowodzi tego, jak bardzo tak naprawdę międzynarodowym dziełem jest już anime. Traktowanie tego tylko jako japońskie nie ma sensu, bo mówimy o globalnych hitach robionych dla całego świata. Wydaje mi się, że nawet tutaj próg wejścia nie jest problemem. Ich sukces pokazuje też ich bardzo dobrą jakość, niesamowicie piękne sceny walki, oszołamiające momentami, robią wrażenie w IMAX-ie.Infinity Castle obejrzałem z osobami, które nie widziały anime i one świetnie się odnalazły, zrozumiały. Tutaj jest troszeczkę też moc tego, że anime, szczególnie Demon Slayer, pozwala się zatrzymać i przez pół godziny jakaś postać będzie ci opowiadać, dlaczego robi to, co robiła, ponieważ to, co robi, jest bardzo ważne, bla, bla, bla. To dla niektórych może być megamęczące, ale jednocześnie nie ma szans, żeby osoba z zewnątrz nie skumała absolutnie każdej motywacji każdego bohatera, który pojawia się w filmie. Mimo tego, że masz teoretycznie mega wysoki próg wejścia, to jednocześnie wszystko absolutnie wiesz i możesz emocjonalnie chłonąć to i nawet polubić Zenitsu, który jest beznadziejny. 

M: Nie lubisz Zenitsu? Słyszałem, że podczas snu nabiera pewności siebie i staje się silniejszy.

J: Jestem wielkim hejterem Zenitsu. Wiem, on ma swoją wielką fanbazę, więc tutaj wystawiam się na na przemoc. Aczkolwiek to jest najlepsza scena, jaką widziałem z nim w całym serialu. Wreszcie był człowiekiem. Jego sny to jeszcze pół biedy. Ważne jest to, że jak nie śni, to po pierwsze ślini się do dzieciaka, po drugie nieustannie drze mordę. I ja rozumiem, że to jest pewien taki trop w anime, ale Zenitsu przekracza go w każdym możliwym momencie. Dla mnie jest totalnie nieznośne przez te wszystkie sezony, bo ile można krzyczeć, że „nie dam rady, uciekajcie, boję się”. I tak przez pięć sezonów. Już wolę Inosukę i jego darcie się: „wygramy, wygramy, jestem najsilniejszy”.

M: Za co najbardziej cenisz japońskie animacje?

J:  Na pewno jedną z rzeczy, która przyciągnęła mnie szczególnie na początku do anime, była kwestia dorosłości treści. Czy to Ghost in the Shell, czy to Akira, to nie były treści dla dwunastolatków. Twórcy nie bali się poruszać niezwykle poważnych i brutalnych tematów, np. techno zniewolenia, jak Neon Genesis Evangelion. Wiem, że to dziwnie brzmi, ale to fajnie wraca do tego, o czym mówiliśmy na początku – czułem się traktowany przez tych twórców i przez te animacje jak dorosły. Podobało mi się, że nie musimy ugrzeczniać wszystkiego, żeby młody odbiorca nie przeżył traumy. To było super, że czułem się faktycznie, jakby ktoś nie próbował mówić do mnie z góry, nie zakładał, że trzeba mi wszystko wyjaśnić, bo inaczej jestem idiotą i w ogóle nic nie zrozumiem. I te „dorosłe” tematy były dla mnie niezwykle przyciągające. Inna sprawa to oczywiście wizualia. Wizualia i styl, i zabawa, którą możemy obserwować. Animacja jest medium, co znaczy, że nie musimy iść w stronę realizmu. Anime to wiedziało wiele lat temu. 

M: W czym dla ciebie może tkwić przewaga anime nad zachodnią animację?

J: Zachodnia animacja miała ten moment, w którym zachłysnęła się próbą zrobienia czegoś, co jest realistyczne, gdy np. dostaliśmy Polarny Express. To był moment, w którym nagle animacje próbowały być coraz bardziej realistyczne i nie wykorzystywały tej cudownej mocy, jaką jest szaleństwo, bo możemy narysować i zanimować wszystko. Wydaje mi się, że to sprawiło, że nagle animacje stały się zwyczajne. Potrzeba było, chociażby Into The Spiderverse, by przypomnieć nam, że możemy szaleć, że możemy zrobić absolutnie wszystkie dziwactwa. Później wyszło np. To nie wypanda, którego twórczyni opowiadała o tym, że wychowała się na anime i chciała te klimaty przenieść do swojego filmu. To samo zresztą w cudownym Bad Guys, które nie ma nic wspólnego z Japonią, ale bawiło się tą formą i przypominało, że w tworzeniu animacji nie musisz być poważny, nie musisz być realistyczny. I wiecie, tutaj realistyczny jest oczywiście w cudzysłowie, ponieważ np. w Shreku były magiczne stworzenia, ale w nowym trailerze zaszła próba odtworzenia najbardziej realistycznego ogra, co zresztą wywołało teraz masę oburzenia, gdy widzieliśmy komentarze: „jak ogr może być stary?”, „czemu ma zmarszczki?” i tak dalej. To też jest pewna koncepcja samej animacji. Właśnie dlatego dla mnie anime było takim trochę pomostem do mroku, do tego, że spodziewam się, że ktoś tam umrze, że dostanę jakieś dystopie o technologii, która przejmuje nasze umysły. To było dla mnie zawsze takie poszukiwanie czegoś troszeczkę niebezpiecznego. Wiem, że, oczywiście, równie dobrze mogę powiedzieć, że potem oglądałem Tsubasę, gdzie  niespecjalnie było coś niebezpiecznego, ale niezwykle trudne jest zamknąć wszystkie anime jednym terminem. Im więcej oglądasz, tym bardziej widzisz, jak różnorodne są to animacje.

M: Na swoim kanale kilka lat temu mocno skrytykowałeś Belle, z czym nie zgodziło się wielu twoich widzów. Zapytam więc przewrotnie, czy jest jakieś anime, które przez wszystkich było krytykowane, a tobie się podobało?

J: Ojeju, kurczę, chyba nie. Trudno jest mi teraz powiedzieć, czy było cokolwiek takiego. Belle jest dla mnie przykładem zachłyśnięcia się formy nad treścią. Główne zarzuty wobec mojej recenzji dotyczyły tego, że tak jest w Japonii. Nienawidzę tego typu argumentu, to tak, jakby ktoś powiedział „w Polsce kradną, więc się nie przejmuj” albo „ w Ameryce biją, to się przejmuj”. Tak to nie działa. Jeśli chodzi o inne produkcje, to też troszeczkę zależy. Dla mnie to byłyby te kultowe anime z lat 90., które czasami nie są najwyżej oceniane, ale są doceniane w pewnych grupkach. Dla przykładu, pierwszy Tekken; to jest beznadziejny film, ale ja się bardzo dobrze na nim bawiłem jako osoba, która grała w Tekkena na automatach. Adaptacje gier bitewnych prawie nigdy nie były chociaż troszeczkę dobre, ale wtedy jarałem się jak głupi. Nieważne, że film był beznadziejny, ważne, że był tam mój ulubiony bohater i to mi wystarczyło, więc na pewno broniłbym tego typu rzeczy.

Dziękujemy za rozmowę!

Możesz również polubić…

Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.